Gdansk, PGE Arena 22.07.2015 EKSTRAKLASA PILKA NOZNA LECHIA GDANSK Sesja zdjeciowa glowka kw portret POLISH LEAGUE FOOTBALL LECHIA GDANSK photo session portrait NZ piotr wisniewski , FOT. WOJCIECH FIGURSKI / 058sport.plPiotr Wiśniewski urodził się 11 sierpnia 1982 roku w Starogardzie Gdańskim. Z obecnej kadry Lechii Gdańsk jest piłkarzem, który najdłużej nieprzerwanie występuje w biało-zielonych barwach.

30 kwietnia kwietnia 2005 roku Piotr Wiśniewski rozegrał swój pierwszy mecz w barwach Lechii, która pokonała wówczas w meczu III ligi Amicę II Wronki 1:0. Od tego momentu minęło w tym roku (2015) dziesięć lat. Nasz bohater niespecjalnie pamięta swój debiut. – Szczerze, to kojarzy mi się tylko, że było 1:0. Więcej zostało mi w głowie ze spotkania przeciwko Elanie Toruń na wyjeździe pod koniec tamtego sezonu. Także zwyciężyliśmy wówczas 1:0 po bramce Krzyśka Rusinka, czym praktycznie przypieczętowaliśmy awans do II ligi – wspomina Wiśniewski.
Z fabryki na trening
I pomyśleć, że jeszcze kilka lat wcześniej “Wiśnia” nie myślał poważnie o piłkarskiej karierze. Kopał piłkę w czwartoligowej Wierzycy w rodzinnym Starogardzie Gdańskim, co łączył z pracą zawodową. – Pracowałem w fabryce produkującej siatki zbrojeniowe. Wstawałem o 5 rano, godzinę później meldowałem się na stanowisku. Do 14 byłem w pracy i dopiero później szedłem na trening. Zarabiałem niewiele, ale strzelałem bramki i zostałem zauważony przez ówczesnego trenera Kaszubii Kościerzyna Tomasza Kafarskiego. Ten klub zaproponował mi tyle samo za samo granie w piłkę, ile miałem po połączeniu wypłat z fabryki i Wierzycy. Przeniosłem się więc z chęcią, mimo, że prezydent  Starogardu Gdańskiego obiecał mi znalezienie lepszej pracy. To w barwach Kaszubii wypromowałem się do Lechii, której strzeliłem gola w remisowym 1:1 meczu przy Traugutta. To spotkanie kończyło jesień, a zimą dokonano transferu – opowiada Wiśniewski.
Starcie z Szałachowskim
Lechia zapłaciła za niego 10 tysięcy złotych. Co ciekawe, jedna z tych pieniędzy została przelana na konto Kaszubii, a druga trafiła do Wierzycy. Początek w nowym klubie miał jednak nieszczególny. – Na sztucznej murawie oliwskiej AWFiS rozgrywaliśmy sparing z Górnikiem Łęczna, który wtedy, podobnie jak teraz, grał w ekstraklasie. Skończyło się dobrym dla nas remisem 2:2, ale ja niemiło ten mecz wspominam. Był to mój pierwszy występ w barwach Lechii, lecz w wyniku starcia z Sebastianem Szałachowskim doznałem urazu stawu skokowego. Ta kontuzja wyłączyła mnie z gry na kilkanaście tygodni. Dlatego w ligowym meczu zagrałem dopiero ostatniego dnia kwietnia – mówi Wiśniewski.

Kłopoty z kolanem
Z czasem jednak “Wiśnia” radził sobie w biało-zielonej koszulce coraz lepiej. Debiutancki sezon na zapleczu ekstraklasy był co prawda dla niego pierwszym zderzeniem z poważniejszym futbolem, lecz piłkarz z dnia na dzień stawał się coraz ważniejszym ogniwem zespołu. – Przede wszystkim przenieśliśmy się na większe stadiony, a na nasze mecze zaczęło chodzić więcej kibiców. No i graliśmy z uznanymi firmami jak Jagiellonia Białystok czy Widzew Łódź – mówi Wiśniewski, który jednak początkowo borykał się, grając na zapleczu ekstraklasy, z urazami. Największe z kolanem, gdzie dokuczała mu jeszcze dolegliwość z młodości. Dopiero zabieg chirurgiczny zakończył te kłopoty. – Awansowaliśmy w końcu do ekstraklasy, choć w decydujących meczach nie grałem, bo wiosną się leczyłem. Uważam jednak, że drużynę zdolną do zajęcia jednego z dwóch premiowanych miejsc mieliśmy już rok wcześniej. To był mój najlepszy sezon w ówczesnej drugiej lidze. Strzeliłem dziewięć  goli, byłem w dobrej formie. Niemal do końca liczyliśmy się w walce o awans, lecz szanse zostały pogrzebane w spotkaniu na własnym stadionie z Ruchem Chorzów. Zremisowaliśmy 1:1, a goście strzelili nieprawidłową bramkę, bo Remigiusz Jezierski na pewno faulował Mateusza Bąka. Sędzia nas oszukał, nie udało się wtedy awansować, ale rok później, gdy okrzepliśmy już trochę na boiskach zaplecza ekstraklasy, nie było na nas mocnych – wspomina Wiśniewski.
Już w elicie
Pierwszy rok w elicie łatwy dla Lechii nie był. Do samego końca toczył się heroiczny bój o utrzymanie, zakończony happy endem, dzięki wygranej 2:0 w Gliwicach nad Piastem w ostatniej kolejce. – Przełomowym momentem w walce o zachowanie miejsca w ekstraklasie była jednak wcześniejsza wygrana 2:1 nad Arką Gdynia, dzięki czemu wydostaliśmy się ze strefy spadkowej. Strzeliłem wówczas bramkę na 1:0 – opowiada Wiśniewski.
To było druga z pięciu w sumie wygranych Lechii nad lokalnym rywalem, który wyjątkowo Biało-Zielonym leżał. – Po spadku Arki żartowaliśmy, że uciekło nam pewne sześć punktów. Pokonaliśmy ich pięciokrotnie i miałem szczęście grać we wszystkich tych spotkaniach. Nie wystąpiłem jedynie w zremisowanym 2:2 meczu w Gdyni, które oglądałem z trybun razem z Tomkiem Dawidowskim, bo obaj nie mogliśmy wówczas grać. Trochę się nasłuchaliśmy niemiłych słów od miejscowych kibiców, ale po wyrównującym golu Luki Vućko w ostatnich sekundach mogliśmy się czuć jak zwycięzcy – wspomina Wiśniewski.
Patent na Piasta
Arka to jeden z ulubionych rywali naszego bohatera. Ale zdecydowanie najlepiej gra się mu przeciwko Piastowi Gliwice. W ekstraklasie strzelił tej drużynie już siedem goli. – Z nimi mógłbym chyba grać codziennie. A tak na poważnie to statystyki z tą drużyną podreperowałem dopiero w tym sezonie, gdy zaaplikowałem im pięć goli – mówi Wiśniewski, od zawsze grający w Lechii z numerem 14. – Nie ma w tym jednak jakiegoś drugiego dna. Czysty przypadek zdecydował, że dostałem właśnie tę koszulkę. I nigdy już jej nie zmieniłem – wyjaśnia.
Wierność do końca kariery
Lechii pozostanie wierny do końca kariery. – Nigdy nie chciałem się stąd ruszać, choć jakieś propozycje się pojawiały. Ja po prostu cieszę się, że mogę tu grać. Mam duży sentyment do stadionu przy Traugutta, gdzie zawsze była dobra murawa i panowała fantastyczna atmosfera. Ale  także na PGE Arenie potrafi być czarująco, bo nasi fani potrafią stworzyć klimat. Sam kibicuję Lechii od dziecka, zresztą nawet podczas kariery, dwukrotnie zdarzyło się, że dopingowałem kolegów z trybun, gdy nie mogłem grać. To było na stadionach w Warszawie i Szczecinie – mówi Wiśniewski. – Najprzyjemniejsze momenty w ciągu tych dziesięciu lat? Zwycięstwa nad Arką, a także wspomniane już przeze mnie zapewnienie sobie utrzymania po wygranej 2:0 w Gliwicach w sezonie 2008/09, gdzie strzeliłem jednego gola. Miło również wspominam poprzedni sezon, w którym zajęliśmy czwarte miejsce. Teraz chciałoby się wskoczyć jeszcze wyżej – mówi Wiśniewski. – A rozczarowania? Nie  szło nam w Pucharze Polski. Zaliczyliśmy spektakularne wpadki jak z Limanovią czy Stalą Stalowa Wola. Ale jeszcze bardziej bolesne były przegrane półfinały. Żałuję zwłaszcza meczów z Jagiellonią. Wtedy mieliśmy ogromną szansę na wywalczenie głównego trofeum. Szansa jednak przepadła – dodaje.
Duch Deyny
Najlepsi piłkarze z jakimi tu grał? – Nie będę oryginalny. Abdou Razack Traore i Daisuke Matsui. Mieli nieprawdopodobny repertuar umiejętności technicznych i zmysł do gry kombinacyjnej – uważa Wiśniewski. – Ale najmocniejszą drużynę mamy chyba teraz. Chciałbym z Lechią zagrać kiedyś co najmniej w Lidze Europy, sprawdzić się na międzynarodowym poziomie – dodaje „Wiśnia”, który jako rodowity starogardzianin ma do kogo równać. Z tego samego miasta pochodzi przecież jeden z najwybitniejszych polskich piłkarzy w historii – Kazimierz Deyna, który do wielkiej kariery startował grając w jednej drużynie z tatą Piotra. – Duch Deyny ciągle jest w Starogardzie obecny. Przenosi się na boiska i podwórka, gdzie chłopcy grają w piłkę – mówi Wiśniewski, który właśnie na podwórku nauczył się wielu swoich zwodów i zdobył podstawy wyszkolenia. Do dziś te umiejętności wykorzystuje w meczach ligowych. – Mam 33 lata, ale nie czuję się weteranem. Mogę i chcę dać Lechii jak najwięcej. Oby tylko kontuzje mnie omijały – kończy Wiśniewski.