Jesteś tu
Home > artykuły > Krzysztof Bąk: Wejść na piąte piętro bez schodów

Krzysztof Bąk: Wejść na piąte piętro bez schodów

KRZYSZTOF BAK

Krzysztof Bąk jest o tyle ciekawą postacią, że jego 5,5-letni pobyt w Lechii praktycznie pokrywa się z czasem, gdy właścicielem klubu był Andrzej Kuchar. Co by nie mówić, klub grając przy Traugutta był bliżej kibiców, a piłkarze bardziej przystępni niż dziś. Zapraszamy do lektury wywiadu z człowiekiem, dla którego Gdańsk stał się drugim domem, o szpiegowskiej wymianie, kołyskach dla dzieci, karmelowym wujku Deleu, przegranym zakładzie z Razackiem Traore, fryzurze na ołówek, miłości do Barcelony, bramkach samobójczych i zębach trenera Kaczmarka.

Tradycyjnie zacznijmy od podstawowego pytania: jak to się stało, że w ogóle do Lechii trafiłeś?
– Właściwie od urodzenia związany byłem z Polonią Warszawa. Mój dziadek jako młodzieniaszek biegał na 400 metrów w jej barwach. Tata grał w piłkę dla „Czarnych Koszul” na poziomie 3-4 ligi, szybko zakończył karierę, grał potem w oldboyach. Mnie, jako wychowanka, traktowano na zasadzie: jesteś stąd to dziękuj, że w ogóle cię chcemy. Pół roku przed końcem mojej umowy przy Konwiktorskiej przekazałem menadżerowi, którym był Jarosław Kołakowski, że to dobry moment, by zmienić otoczenie. Zaraz potem przekazał mi, że jest oferta z Gdańska. Pojechałem pociągiem, wszystko wypadło pomyślnie. Podpisałem umowę ważną od lipca.

Polonia nie była z tego powodu przesadnie szczęśliwa.
– Jeśli ktoś mnie nie traktuje poważnie, to nie muszę mówić o wszystkich swoich planach. Były pretensje, że mogłem właściwie powiedzieć, to byśmy się na pewno dogadali. Jeśli chcesz się dogadać, to nie potrzebujesz zewnętrznych pobudek.

To był dla ciebie szczególny czas.
– Dziś wiem, że przenosiny nad morze były decyzją bardzo trafną, ale wtedy miałem duży znak zapytania – dwa tygodnie wcześniej urodził mi się syn. Życia nie wyobrażałem sobie poza Warszawą, w sumie 26 lat się nie ruszałem. Jednak kto nie ryzykuje ten nie pije szampana – potrzebowałem jakiegoś sportowego bodźca, pojechania w inne miejsce, sprawdzenia się w innym środowisku, poznania innych ludzi. W Polonii znałem już każdą dziurę.

W czasie zimnej wojny na moście w Berlinie wymieniano szpiegów i trochę tak było z tobą.
– W drugą stronę miał pójść Łukasz Trałka. Po podpisaniu umowy z Lechią, zostałem oddelegowany do trenowania z drugą drużyną na sztucznym boisku. Na szczęście kluby doszły do porozumienia. Nasze kontrakty miały obowiązywać od nowego sezonu, ale do wymiany doszło już zimą, ale nie na moście. Była jeszcze jakaś dopłata ze strony Polonii i wszystko dobrze się skończyło.

W Lechii kojarzymy cię jako obrońcę, w Polonii miałeś nieco inne zadania.
– Na 54 mecze które zagrałem w Polonii w Ekstraklasie prawie 50 mam jako…prawy pomocnik. Dziś gdy o tym mówię w szatni to wszyscy za głowę się łapią, niedowierzają. Przed przyjściem do Lechii miałem z 6-7 meczów jako obrońca w całym życiu.

Znałeś któregoś z chłopaków z Lechii?
– Osobiście jedynie Huberta Wołąkiewicza, który kiedyś był na testach w Polonii. Zamieszkaliśmy w jednym budynku, na Obrońców Wybrzeża (Nowe Horyzonty). Potem po roku przeprowadziłem się.

Rodzina od początku była z tobą w Gdańsku?
– Nie, żona z dzieckiem została w Warszawie. Wtedy dużo pomógł mi Paweł Pęczak. Na boisku Paweł jest grającym fair, ale nieprzyjemnym zawodnikiem. Poza nim, mimo że byliśmy rywalami do miejsca w składzie, w ogóle to nie rzutowało na nasze relacje. Mocno też w aklimatyzacji pomógł Jacek Manuszewski, inny z rywali do miejsca w linii obrony. Za to bardzo im dziękuję.

Po debiucie ze Śląskiem Wrocław powiedziałeś, że mamy najlepszych kibiców w Polsce.
– Wtedy stadion na Traugutta był bardzo często wypełniony po brzegi. Była różnica między Polonią Warszawa, gdzie przychodziło po 3-4 tys. widzów. Niestety dla Polonii, kiedy była w niższych ligach, Legia rządziła i z pokolenia na pokolenia zdobywała coraz więcej sympatyków. W Trójmieście jest inaczej, bo jest Lechia i Arka. Lechia to jest kibicowski top, jeśli chodzi o całą Polskę

W drugim meczu z Ruchem zdobyłeś debiutancką bramkę.
– Pamiętam doskonale, zrobiłem wówczas kołyskę dla Mateusza. Fajnie, że tak wyszło, wygraliśmy 2:0. Żona starała się być na każdym meczu, jeśli zdrowie dopisywało dzieciom. Dlatego ulubionym kolorem Mateusza jest zielony.

Urodziny córki też uczciłeś bramką.
– Tak, na wyjeździe z Zagłębiem Lubin, gdy udało się wyciągnąć na 2:2. Chciałem pokazać Gabrysi bramkę, że dla niej również była kołyska jak dla Mateusza, ale ciężko mi ją znaleźć w sieci. Większość bramek zdobywałem głową, czy to w Ekstraklasie czy II lidze, tylko dwie były nogą.

W tym pierwszym sezonie jako beniaminkowi nie szło wam nadzwyczajnie.
– Chcieliśmy doprowadzić do jak najszybszego utrzymania się. A jak człowiek za bardzo chce, to nie zawsze idzie. To nie było tak, że trener przegrywał, tylko wszyscy przegrywaliśmy. Niestety trener Zieliński odszedł. Wszyscy byliśmy odpowiedzialni za to.

Stało się to po meczu z Odrą w Wodzisławiu, przed którym odwiedziła was na treningu delegacja kibiców.
– Przyszli nas mobilizować, nie było gróźb. Doszli do wniosku, że nam tego trzeba.

Łukasz Surma się wtedy postawił.
– W każdym klubie, w którym był, stał się wiodącą postacią. Grając z nim człowiek miał jedno rozwiązanie więcej, zawsze ustawiał się w ten sposób, żeby pomóc drużynie. Ogromne doświadczenie także pozaboiskowe. Nie udało nam się wtedy nic wielkiego zdobyć, ale poprzez swą postawę na boisku i poza nim Łukasz ma wielu sympatyków w Gdańsku do dzisiaj. (Naszą rozmowę z Surmą przeczytacie tutaj

Jacka Zielińskiego zastąpił Tomasz Kafarski. Jednym z jego pierwszych meczów był wyjazd do Polonii Warszawa.
– To był pierwszy raz, kiedy stanąłem na tym boisku na Konwiktorskiej jako gość. Przyszła na mecz praktycznie cała rodzina i bardzo wielu znajomych. Daleko nie mieli. Jakbym przeszedł się po szatni, coś bym jeszcze swojego znalazł. Polonia była faworytem, ale udało nam się wyrwać punkt

Samobójczą bramkę zdobył wtedy Peter Cvirik.
– Był trochę maskotką w naszej drużynie. Łamaną polszczyzną tłumaczył różne rzeczy, robił mnóstwo błędów językowych, rozbawiało to resztę do łez. Był słowackim Davidem Beckhamem, jego żona była gwiazdą telewizji. Bardzo pozytywny chłopak. Miał świetne wprowadzenie piłki, zagranie między liniami po ziemi.

Ostatni mecz z Piastem Gliwice miał zdecydować o utrzymaniu.
– Wiedzieliśmy, że musimy wygrać. Nie ważne jak, może być nawet cały mecz autobus w bramce, byle kopnąć do przodu i strzelić bramkę. Były rożne podteksty, do dziś się mówi, że podobno Piast nie traktował tego meczu jak powinien. Nie wiem, jak było z ich strony. Najważniejsze, że udało nam się wygrać. Byłem wtedy bliski strzelenia bramki, uderzyłem w słupek i „Wiśnia” dobił do pustej praktycznie. Utrzymaliśmy się, później było już tylko było lepiej.

Droga powrotna była bardzo wesoła.
– Była kontrola antydopingowa, od razu przyniesiono piwo, żeby szybciej poszło. Zanim ruszyliśmy, wszyscy już chodzili zadowoleni, piwko się lało. Szybko zleciała podróż przez całą Polskę, było wesoło, śpiewy, rozmowy. Większość nie spała.

Przed następnym sezonem klub zdecydował się na wzmocnienia. Przyszedł Paweł Nowak
– Nasz motor napędowy, jeśli chodzi o konstruowanie akcji do przodu. Bardzo szybko wdrożył się w drużynę. Na pewno pomogło to, że znał wcześniej Łukasza Surmę, dużo czasu grali ze sobą w szachy. Może dlatego potem na boisku tak dobrze czytali w swoich myślach?

Zdecydowano się sięgnąć również za granicę.
– Przyszli Łotysze – Ivans Lukjanovs i Sergejs Kozans – Wania i Siergiej. Od początku było wesoło. Wania był bardzo często mylony z Andrzejem Rybskim. Jak stali gdzieś tyłem, bokiem, gdy nie było widać twarzy, na jednego krzyczeliśmy Wania, a na drugiego Rybka, oni się odwracali, a każdy z nich był w innym miejscu na boisku. Byli podobni do siebie, szczupli, wzrost i te fryzury. Śmialiśmy się, że Wania jest ostrzyżony jak z bajki „Zaczarowany Ołówek”. Obaj Łotysze dobrze się zaaklimatyzowali, chociaż Wania był bardziej oporny na wiedzę, Siergiej bardzo szybko nauczył się polskiego, chłonął jak gąbka. Do Kozansa się mówiło, a on tłumaczył Wani, który mówił po rosyjsku. Przez to też się trochę nauczyłem tego języka. Bardzo pozytywne postaci. Do dziś mam z nimi kontakt, z Siergiejem często do siebie piszemy, niedawno dodał zdjęcia na Instagramie, ze mną z Lechii. Wania kupił sobie mieszkanie nad morzem, pomagałem mu ogarniać pewne rzeczy, w banku itd. Byliśmy raz w Rydze u rodzin Kozansów i Lukjanovsów w odwiedziny.

Ale i tak chyba ze wszystkich obcokrajowców najlepiej zaaklimatyzował się Deleu.
– Przychodząc do Polski nie znał żadnego języka oprócz portugalskiego. Chcąc być zaakceptowanym do wszystkiego musiał dojść sam. I zrobił to bardzo szybko.

Deleu łączy specjalna relacja z twoim Mateuszem.
– Byłem kiedyś z moim synem na treningu. Podchodzi Didi, wyciąga rękę, Mateusz się schował, miał taki okres nieśmiałości.
– Mateusz, to jest wujek Deleu.
– Nie, nie, ja jestem karmelowy wujek Deleu.

Gdy był już większy, Mateusz miał turniej w Krakowie, Deleu przyjechał dał mu koszulkę dla mnie. Młody pochwalił się, że oto przyszedł jego wujek, wszyscy zaczęli się śmiać, a on przywitał się z nim, wszyscy zrobili wielkie oczy. Nie musiał tego robić, ale sam z siebie przyszedł, porobił zdjęcia z chłopakami. Znalazł czas. To że on jest otwarty, to zaraz momentalnie otworzyło nas na niego. Nie dało się go nie lubić.

Na początku miał ciężko.
– Pojechaliśmy na sparing do Wilna i miał nieprzyjemności z kibicami. Był pierwszym zawodnikiem o innym kolorze skóry od lat w Lechii. To uderzało w niego i w nas. Staraliśmy się mu pomóc, już wtedy był jednym z nas, wiedzieliśmy, że pasuje do zespołu i jest swój.

Na pewno pomogło mu bardzo to, że bronił się piłkarsko.
– Nie tylko, bywał również tłumaczem. Gdy przyszedł Ricardinho, który nic nie rozumiał po naszemu, Kaczmarek krzyczał „Deleu powiedz mu. No weź mu powiedz!”
Ta dwójka to byli wirtuozi, jak grali razem to według mnie mieliśmy najlepszy bok w lidze. Deleu jest zawodnikiem, który nie kalkuluje, idzie do końca, nie bierze jeńców, będzie zapierdzielał, dopóki ma siły, dla dobra drużyny.

Na tamten sezon, twój drugi w Gdańsku, cieniem położył się nieudany półfinał Pucharu Polski z Jagiellonią.
– W tym meczu u nas nie graliśmy źle. Mieliśmy karnego, ale nie został wykorzystany przez Karola Piątka. Mieliśmy kilka innych, bardzo dobrych sytuacji. Bruno strzelił z 30 metrów, strzał życia, nie do obrony. Moim zdaniem nie było tak, że zmieniono pół składu i graliśmy papę. Ale tak to zostało odebrane i zapamiętane.
Trener rotował zawodnikami, każdy był w podobnym rytmie meczowym. Można było się spodziewać, że jakieś zmiany będą. Było ich jednak więcej niż każdy się spodziewał.

Premie za sezon 2009/10 przeszły wam koło nosa. Zajęliście ósme miejsce, ale „Jaga” startowała z minus dziesięcioma punktami i zarząd uznał, że sportowo zajęliście dziewiąte.
– Wszystko zostało ustalone w lipcu, przed ligą. Jak dostaliśmy tę informację, to wszyscy spojrzeliśmy po sobie, o co tu chodzi? Dopiero wtedy odkopaliśmy te zapisy regulaminu, no nie mieliśmy argumentów. Mniej więcej wakacje dla całej rodziny nam przepadły czy samochód 3/4-letni dobrej jakości. Tego typu kwota. Najbardziej mi żal była Pana Marka. Staraliśmy się docenić to, że on pomagał nam codziennie. Sprzęt i cała reszta, wszystko było na swoim miejscu. Porządek w szatni przekłada się na spokój na boisku. I Pan Marek też premię stracił.

Ale ogólnie za czasów Andrzeja Kuchara nie mieliście prawa narzekać na finanse.
– Nie było złotych klamek, ale było bardzo godnie. Gdy rozmawiało się ze znajomymi z innych klubów, wszyscy mówili, że mamy super. Nie było kontraktów po 50-100 tysięcy złotych, ale wszystko było na czas. I jak było słowo, że pierwszego to pierwszego, jak dwudziestego to dwudziestego. Było wzajemne zaufanie. Jak ktoś z góry przyszedł i powiedział „Panowie musicie poczekać dwa tygodnie”, to wiedzieliśmy, że po dwóch tygodniach będą obiecane pieniądze. Poślizgi były wyłącznie z premiami czy bonusami. Przez 5,5 pół roku jak byłem w Lechii pensja się nie spóźniła ani razu. Tu trzeba pochylić czoło przed ludźmi, którzy zarządzali klubem. Każdy wiedział na czym stoi i się nie zastanawiał, kiedy będzie miał pensję.
Sebastian Przyrowski w Polonii zrobił rocznicę bez pensji za pana wielkiego prezesa Króla. To był dramat. Spuścił klub do czwartej ligi i nikt mu nic nie zrobił za to. W białych rękawiczkach okradł setki osób. Tu w Gdańsku nawet przez myśl nie przyszła nam podobna sytuacja, było wszystko tak jak powinno.

Kolejny sezon 2010/11 był dla ciebie najlepszy w barwach Lechii, zagrałeś 29 razy, zabrakło cię tylko raz, przez nadmiar żółtych kartek.
– Łącznie dostałem 16 kartek w 119 meczach w Lechii, nie jest to aż tak dużo, nie jestem boiskowym brutalem. Wracając do pytania to zgadza się, ten sezon to była najlepsza Lechia w jakiej grałem. Każdy z nas wiedział co ma robić i był przygotowany do swojego zadania na boisku. Jako drużyna dobrze się poznaliśmy, robiliśmy wszystko automatycznie. „Buzi” był w formie, bramka ze Śląskiem stadiony świata. Wania ciągnął po skrzydłach. Razack się uaktywnił. Puzzle były tak dobrane, że jeden drugiemu pasował, nie przeszkadzaliśmy sobie. Była szansa na coś więcej niż miejsce w środku tabeli. Szansa, by stanąć na pudle.

MICHAL KUCHARCZYK KRZYSZTOF BAK
N/Z MICHAL KUCHARCZYK KRZYSZTOF BAK, FOT PIOTR MATUSEWICZ

Mecz Legią wygrany 3:0 na wyjeździe był najbardziej pamiętnym tamtego okresu.
– Zapamiętam go do końca życia. Graliśmy swoje, mieliśmy swój plan, nie można z Legią się otworzyć, tam grają zawsze najlepsi piłkarze, którzy to potrafią wykorzystać. Wykonaliśmy plan w 100%.

Miałeś w barwach Lechii również mniej przyjemne występy przeciw Legii.
– Strzeliłem bramkę „angielką” w meczu z nimi do swojej bramki. Ale wygraliśmy wtedy 2:1, więc szybko zapomniałem. Tym bardziej, że brałem też udział przy naszej akcji bramkowej, gdyby nie uprzedził mnie Razack to ja bym zamknął akcję i trafił do siatki. W pucharze strzeliłem też „swojaka” na 0:4, ale i tak wynik był już rozstrzygnięty. To były jedyne moje bramki samobójcze.

Wspomniałeś o Abdou Razacku Traore. Połączył was kiedyś ciekawy zakład.
– Założyliśmy się, już nie pamiętam co była stawką, czy strzeli w rundzie 10 goli. Przegrałem, bo strzelił 12. Miałem z nim dobry kontakt. Graliśmy na Górniku Zabrzu, i albo zepsuły mu się buty, albo miał nieodpowiednie. Dałem mu swoje, bo mieliśmy podobny rozmiar stopy i w nich strzelił bramkę. Mówił po meczu, że mi nie odda. Ja na to: człowieku dałem za nie 700 zł! Nie będę co dwa tygodnie wydawał kasę na buty. Dogadaliśmy się, dałem mu te korki, a on mi załatwił coś nowego.
Nigdy nie miałem problemu, by przełamać się i mówić po angielsku. W Polonii trenowałem z Martinsem Ekwueme, w Gdańsku z Traore.

Od początku było widać jak dobry jest to piłkarz?
– Nie od razu było widać, że to jest piłkarz tego kalibru. Może był nieprzygotowany, zaniedbany? Chciał odejść z Rosenborga za wszelką cenę. Mam zresztą stamtąd koszulkę od niego, z logiem Ligi Mistrzów.
Dopiero jak się trochę u nas zaaklimatyzował, jak już poczuł, że jest w drużynie, wtedy złapał wiatr w żagle. Wiedział, że od niego dużo zależy i wziął na siebie odpowiedzialność.
Najwięcej luzu złapał za trenera Kaczmarka. Walczył wtedy o kontrakt, trener go inaczej traktował niż resztę, wiedział, że na niego trzeba dmuchać i chuchać. Trener Janas z kolei rozmawiał z nim po francusku, to mu dało dużo.

Razack to nie tylko bramki, potrafił też dać piękną asystę. M.in. na twoją głowę w innym pamiętnym meczu tamtych czasów z Wisłą w Krakowie.
– Strzeliłem bramkę na 1:0, potem chłop mnie ściągnął za koszulkę w polu karnym. Chyba był to Junior Diaz, tuż pod nosem sędziego Marciniaka, trudno o bardziej ewidentnego karnego, byłoby 2:0. A potem Wisła strzeliła pięć bramek, co nie kopnęli to wpadało. Radek Sobolewski uderzył zza pola karnego, piłka przeleciała komuś pod nogą, od słupka wpadło, bramka Brożka ze spalonego. Wisła była wtedy topową drużyną. Każdy liczył ile dostanie, a my przyjechaliśmy grać o swoje. Mecz wcale nie wyglądał źle, nie zasłużyliśmy na wynik 2:5. Tyle, że po latach nikogo to nie interesuje.

Zaraz, zaraz, nas to trochę jednak ciekawi. Było o asyście Razacka, ty też zaliczyłeś jedną dość szczególną.
– No tak derby, dla mnie najbardziej pamiętne. Dramatyczny mecz, który cudem zremisowaliśmy 2:2. Udało mi się piłkę podać do Luki, zagrać, zgrać, odbić, jak zwał tak zwał. Najważniejsze, że w sieci. Przy Traugutta czekało mnóstwo osób, nie można było długo wyjechać do domu. Bardzo długo tam świętowaliśmy. Ale uśmiech na twarzy mi się pojawia, gdy myślę o tych sytuacjach i chwilach. Gra nam się wtedy średnio układała. Bramkę kontaktową zdobył Paweł Nowak, pojawiła się szansa. Grasz na aferę i czasem się uda. Wszyscy wiedzieliśmy, że nie możemy opuścić głowy. Musimy do końca walczyć i wierzyć, że się może udać.

Razack, o którym sporo mówimy, był najlepszym piłkarzem z którym grałaś w Lechii?
– Był moment, że był najlepszym zawodnikiem nie tylko u nas, a w całej lidze, a na pewno w pierwszej trójce. Z innych, z którymi grałem na pewno Radek Majewski, który może biegać i biegać. Świetna wydolność i technika. To nie przypadek, że sześć lat był w Anglii. Tyle samo co Grzesiek Rasiak, z którego cała Polska się śmiała, a tak na dobrą sprawę to Grzesiek śmieje się z całej Polski. Znam go osobiście, często rozmawiamy, znam go jako piłkarza i prywatnie. To jest człowiek do rany przyłóż, bardzo uprzejmy, kulturalny, fajny kolega.

Do Lechii przyszedł za trenera Kaczmarka, niewiele brakowało byście się w ogóle nie spotkali w Gdańsku.
– Początkowo podpisałem kontrakt na 3,5 roku, do końca sezonu 2011/12. Powiedziałem panu Jarkowi Kołakowskiemu, że chcę tu zostać, niech działa. Ale szło to opornie, doszło do tego, że skończyła mi się umowa, wywiozłem wszystkie rzeczy do Warszawy i pojechałem na działkę odpoczywać. Czekałem na informację, co dalej, powiedziałem managerowi, że ma do mnie nie dzwonić jeśli nie będzie miał konkretu. Nic to nie zmieni, że z kimś rozmawia. Wreszcie trener Kaczmarek wyraził chęć współpracy ze mną. Dostałem info, że takie i takie warunki, na dwa lata. Warunki były podobne jak wcześniej, trochę inne zapisy, bardziej uzależnione od ilości meczów. Podpisałem z prezesem Magnowskim i wracałem z rzeczami na północ.

Przez trenera „Bobo” kompletnie odpalony został Marko Bajić, twój dobry druh.
– Marko pochodzi z regionu luzackiego. To jaki jest klimat u nich na Bałkanach sprawia, że na pewne rzeczy mają „wywalone”. Nie dlatego że im się należy, tylko mają taką mentalność. Marko, kiedy trzeba było zapierdzielać to zapierdzielał, kiedy trzeba było się bawić to się bawił. Jego gestykulacja, mimika, zachowanie mogło wywierać takie wrażenie, że mu się nie chce. Ale on tak się ruszał, tak się zachowywał, taki był! Poznałem go bardzo dobrze, spędzaliśmy czas pomiędzy treningami, nieraz zostawał z moimi dziećmi jak ja nie mogłem, bo musiałem coś załatwić, a żona była chora. Zaprowadzałem dzieciaki do niego i wiedziałem, że trzy godziny może mnie nie być, a one będą u niego szczęśliwe.
Był potem w Bytowie, ale nie był to już ten sam Marko, wcześniej zerwał krzyżowe, Achillesa dwa razy. Grał w Libii, jak rozmawiałem z nim przez telefon mówił, że idzie na trening, a potem do hotelu. Nic więcej, nigdzie nie wychodził. Podczas treningu słyszał jakieś wybuchy. To też miało wpływ na jego głowę. Teraz mieszka w Belgradzie.

Paraliżował go strach przed lataniem.
– Kiedyś trener pozwolił mu na święta jechać do Belgradu i potem nie wracać do Gdańska tylko stamtąd na obóz do Turcji. Tak jechał, że dwa dni później przyjechał niż miał. Pomylił drogi i wylądował gdzieś w Rumunii. Dostał po kieszeni, nie może być samowolki. Wiózł cześć sprzętu w bagażniku, jakieś tyczki czy piłki lekarskie. Śmialiśmy się, że mógł jeszcze później dotrzeć.
Lot, gdy wracaliśmy z obozu, zapamiętam na zawsze. Były takie turbulencje, że siedząc na fotelu, rzucało nami. Marko był tak zestresowany, zbladł do tego stopnia, że musiał wziąć tabletki uspokajające, które i tak nie pomogły.
Na Litwę z kolei jak lecieliśmy coś z samolotu ciekło. Sebastian Małkowski, który był kozakiem, na końcu samolotu zdrowaśki odmawiał ze strachu.

Bajić koncertowo zagrał w towarzyskim meczu z Villareal. Trener Hiszpanów powiedział, że to jedyny piłkarz Lechii, którego chciałby u siebie.
– To są mecze które się wspomina, można z nich wyciągnąć coś dla siebie. Oglądać taki mecz w telewizji, a być świadkiem i jednym z zawodników, to zupełnie inna sytuacja.

Nie może w naszej rozmowie zabraknąć towarzyskiego spotkania z innym hiszpańskim (czy raczej katalońskim) klubem. Sam jesteś wielkim fanem FC Barcelona.
– Moim wielkim szczęściem jako kibica jest to, że udało się zorganizować koszulkę z tego spotkania. Chris Oualembo wymienił się z Songiem, odchodząc z Gdańska wiedział, że zbieram koszulki, że jestem kibicem Barcy sprezentował mi ją. Te trykoty, które mam, będą kiedyś wisieć w moim pubie, czy czymś takim. Teraz nie leżą w piwnicy i się kurzą, nie tędy droga. Noszę je normalnie na mieście.

Leo Messi to nadczłowiek?
– Obserwowałem go podczas meczu, on zamiast biegać po boisku chodzi po nim. W każdym momencie jednak wiedział, gdzie kto stoi. Zawsze przyjmuje piłkę, w tę stronę, gdzie nie ma przeciwnika.

Wtedy nie był w szczytowej formie.
– Mam takie zdjęcie, koleżanka robiła, widać, że to nie jest ten obecny Messi. Wtedy przyjechał tydzień lub dwa po rozpoczęciu przygotowań. Forma wakacyjna. U nas głownie ambicja i charakter zdecydowały o tym, że nie dostaliśmy ośmiu czy więcej bramek. Do końca życia będziemy mieli wspominki. Mam z synem Mateuszem zdjęcia z Messim i Neymarem. Jeszcze Marcin Gortat był.

„Grzelu” zagrał wtedy mecz życia.
– Na fantazji bramkę strzelił jak to się mówi: „stadiony świata”. Był na ustach całego globu przez moment. „Mr Wolej” jak strzela to z orkiestrą, wszystko mu wtedy wychodziło. Wiedzieliśmy, że Barcelona przyjechała zagrać kolejny sparing przygotowawczy do sezonu, ale możemy być dumni, że nie przegraliśmy z nimi.

Jedynym, który zagrał wtedy pełne 90 minut był Adam Pazio, zawodnik który tak jak ty, przyszedł z Polonii Warszawa.
– Był koniem, mógł biegać w kółko. Witas Andruskievicius podobnie. Stricte piłkarskie umiejętności nie były potrzebne. Matsui grał na fortepianie. A inni musieli ten fortepian nosić.

Japończyk miał być takim następcą Traore.
– Razack więcej dawał jeśli chodzi o wykończenie akcji. Ale Matsui grał bardziej pod drużynę. Jednym podaniem potrafił stworzyć sytuację bramkową, miał kapitalną wizję gry. Szkoda, że był taki kruchy.

Barcelona to już czas Michała Probierza. Za jego kadencji zagrałeś mecz nr 100 w Lechii.
– 2:0 z Legią na śniegu.

Po meczu powiedziałeś: „To zwycięstwo jest najważniejsze po tym 3:0 w Warszawie”.
– Jeden z moich pierwszych meczów po kontuzji. Miałem artroskopię kostki i nie trenowałem dosyć długo. Miałem już wcześniej problem, ale z trenerem Probierzem uznaliśmy, że zrobię to dopiero później.

Kontuzje trochę dały ci się we znaki.
– Za trenera Ulatowskiego w ostatnim meczu roku z Jagiellonią u siebie (0:1) uszkodziłem bark. Zszedłem z treningu, bo coś w barku naderwałem, wyszedłem na mecz na środkach przeciwbólowych, ale na początku meczu znowu na niego upadłem, nie byłem w stanie dokończyć meczu.

A propos Rafała Ulatowskiego – czy po latach odkryłeś tajemnicę czemu na nowym stadionie tak słabo wam szło przez długi czas?
– Nie graliśmy źle, jeśli chodzi o tyły. Brakowało skuteczności z przodu.

Desperacko broniliście się przed spadkiem.
– Za trenera Janasa ubrałem opaskę kapitana w Bełchatowie, miałem asystę przy bramce Sebastiana Madery. Meczem z Legią zapewniliśmy sobie pozostanie w ekstraklasie, a ich pozbawiliśmy praktycznie szans na mistrzostwo. Ogromny kamień z serca.

Potem przyszedł trener „Bobo” i miałeś problem z graniem. W sezonie 2011/12 wystąpiłeś jedynie 17 razy w lidze.
– Na stoperze grali Madera i Bieniuk, trener uświadomił nas jaki jest jego wybór. Nie pogodziłem się, chociaż doceniam, że trener postawił sytuację jasno jaka będzie wyjściowa para. Lechia to był i jest klub, na którym mi zależało. Wiedziałem, że teraz nie gram, ale to nie znaczy, że za pięć meczów nie wskoczę do składu. Mam zapierdzielać i za to mi płacą. Jarek i Seba bardzo dobrze wtedy grali, byli w formie.
Nie grałem u trenera Kaczmarka, nie grałem też dużo u Probierza, ale uważam, że obaj są fachowcami. Taką podjęli decyzję i z tego byli rozliczani. Dużo od nich się nauczyłem i myślę, że kiedyś wykorzystam to jako trener. Mam już odpowiednie papiery. Miałem wielu szkoleniowców i mam swoje przemyślenia.

Za trenera Kaczmarka ławą do składu weszła młodzież.
– Od samego początku było widać, że Przemek Frankowski ma to coś. Trener Probierz od razu też coś w nim widział. Od razu dał mu dychę. I słusznie, choć to fan Realu (śmiech). Paweł Dawidowicz z kolei, miał na drugie imię „praca”.

O którym z tych młodych myślisz, że mogli osiągnąć więcej?
– Można było trochę więcej oczekiwać od Kugiela. Miał siłę i dynamikę. Może trochę mu pokory zabrakło? „Smuczek” był kiedyś grzeczny, muchy by nie skrzywdził, ministrant. A później się zmienił diametralnie i to raczej na minus. A z jego umiejętnościami, tym co prezentował na treningach, mógł osiągnąć dużo.
Duży kredyt zaufania dostał Kacper Łazaj. Miał swoje pięć minut, myślę, że nie wykorzystał tego w 100%. Miał problemy mięśniowe. Może był zaniedbany przy rehabilitacji?

Trener Kaczmarek to mistrz bon motów.
– Jego żarty są niepowtarzalne. Gdy wypadła mu jedynka na treningu, płakaliśmy ze śmiechu. Trener też się śmiał i powiedział, że zaraz pojedzie do dentysty. Każdą sytuację, nawet stresową, potrafił obrócić w żart.
Miał swoje metody, które dziś wielu trenerów by zakwestionowało. Specyficzne rozdzielenie treningów ciężkich i wypoczynku po nich. Wielokrotnie zamiast na trening jechaliśmy na odnowę biologiczną czy basen. Miał założenie dać szansę młodym i to zrobił. Ktoś to ocenił w inny sposób. Być może było tak, że pewna metoda na rozluźnienie szatni na wiosnę już się przejadła?

O Sazankowie trener „Bobo” powiedział, że na tej śrubie co miał zrobione kolano, gąsienica od czołgu by się trzymała.
– Sasza miał drobny problem z kolanem, mianowicie nie mógł go wyprostować. Myśleliśmy, że zaraz dojdzie do siebie i nam pomoże. Jednak takich rzeczy się nie oszuka. Próbował schudnąć, ale jak nie możesz zgiąć kolana to bieg jest inny.

Ktoś żartował, że gdyby po Kaczmarku przyszedł trener Ricardo Moniz to kilku piłkarzy nie byłoby dziś wśród żywych.
– U Moniza czuliśmy się tak jakbyś miał wejść na piąte piętro bez schodów. Na szczęście wcześniej mieliśmy szkołę życia u Probierza i byliśmy przygotowani do ciężkiej pracy. Mieliśmy trochę szczęścia, bo gdyby Balaj z „Jagi” trafił w 90 minucie do siatki, a nie w słupek, to mielibyśmy dziewiąte miejsce i walkę o utrzymanie. Potem zrobiliśmy wynik, ale bazą do niego były najcięższe treningi jakie miałem w życiu u Moniza. Bałem się czy przeżyję u niego obóz.

Krzysztof Bak Slawomir Peszko
N/z Krzysztof Bak Slawomir Peszko, Foto Piotr Matusewicz

Władze klubu rozwiązały ten problem za ciebie.
– Andrzej Juskowiak zaprosił mnie na rozmowę, przekazał jaka jest decyzja i tyle. OK, rozumiem. Wtedy moja umowa z panem Kołakowskim wygasła, pojawiła się oferta z Bytowa od trenera Janasa. To mi było na rękę. Nie żałuję pójścia do Bytovii. Nadal mieszkam w pięknym mieście Gdańsku.

Z perspektywy czasu – czy coś byś zmienił w swej przygodzie z piłką?
– Mój menadżer uważał, że obrońca powinien być takim skurczybykiem i napastnik ma się go bać. Może tego mi zabrakło? Chociaż jestem w życiu takim człowiekiem, który nie lubi być brutalny. Ciężko to przenieść na boisko. Taką osobą był Sebastian Madera, który poza boiskiem był cichy i spokojny, a na murawie jeńców nie brał. Szedł jak do pożaru, przy stałych fragmentach gry. Jak stanąłeś na drodze to przebiegł po tobie. Nie robił tego świadomie, liczyło się tylko aby dobrać się do piłki. To nie było złośliwe, nie można mieć do niego pretensji.

Podobne artykuły
Top