Jesteś tu
Home > artykuły > Grzegorz Wojtkowiak: Drużynę trzeba opierać na Polakach

Grzegorz Wojtkowiak: Drużynę trzeba opierać na Polakach

Grzegorz Wojtkowiak zawsze był uosobieniem wielkopolskiej solidności, poniżej pewnego poziomu nie schodził. Przez trzy i pół roku w Ekstraklasie zagrał dla Lechii 73 razy i strzelił trzy gole. Na pożegnanie Gdańska porozmawialiśmy z Grześkiem o jego pobycie nad morzem i planach na przyszłość.  

Jako zawodnik Lecha przyjeżdżałeś na Lechię po tym jak wróciła do Ekstraklasy w 2008 roku.

Wtedy Lechia nie była postrzegana jako drużyna, który może walczyć o czołowe lokaty. Dekadę temu klub się dopiero odradzał. To były ciężkie mecze, fajna atmosfera na starym stadionie, mnóstwo ludzi, komplet albo prawie. Kibice nie darzyli się sympatią, było to słyszalne na trybunach, ale zawodnika zawsze taka atmosfera motywuje.

W TSV 1860 Monachium twoim trener był Ricardo Moniz, który z Lechią osiągnął dobry wynik.

W Gdańsku wszyscy o niego pytają. Jego warsztat trenerski i osobowość oceniam bardzo pozytywnie. Osoba żyjąca treningiem, meczem, motywująca zawodników, wierząca w nich. Zawsze przygotowany, na treningach dużo pompek, brzuszków, taki miał styl. Chciał trochę holenderskiej piłki wprowadzić do Niemiec. Wiadomo, jacy Niemcy są, nie bardzo chcą się otwierać na inne kierunki. Nie było wyników i Moniz dość szybko odszedł.

Ty wytrwałeś w Monachium dłużej niż on.

Dograłem do zimy 2014/15 i stwierdziłem, że czas na powrót do Polski. Urodziły się nam bliźniaki, dwa super chłopaki. Ten okres półtora roku po ich narodzinach był dla nas ciężki. Moje częste wyjazdy i wyloty na mecze spowodowały, że żona była praktycznie sama z trójką dzieci. Córka miała 3-4 lata, nie bardzo odnajdywała się w przedszkolu. Dziś na to patrzę inaczej, w samych superlatywach wspominamy Monachium i w każdej wolnej chwili staramy się polecieć do znajomych. Cały czas Bawaria i tamten czas są w naszych sercach.

Były inne propozycje poza Lechią?

Z Lechem byłem dogadany, że w razie powrotu będą mieli pierwszeństwo rozmów.  Jednak w tamtym czasie poznaniacy mieli mocną kadrę, na prawej obronie czy w środku grał Kebba Ceesay, wchodził młody Tomasz Kędziora. Na tamten moment, kadra Lecha była dopięta na ostatnia guzik.

Pojawiła się opcja gdańska.

Jeden z pracowników klubu skontaktował się ze mną. Wyjaśnił jaka jest sytuacja, kto jest trenerem, na jakiej pozycji mnie widzi, że potrzebują zawodników z takim mentalem i takim przygotowaniem jak ja. Zastanawiałem się 3-4 dni, zdecydowałem się podjąć wyzwanie. Na obóz zimowy dojechałem trochę później, musiałem pozamykać swoje sprawy w Monachium.

Konsultowałeś swą decyzję z którymś z piłkarzy?

Z zawodników, którzy byli w Lechii wcześniej grałem z Mateuszem Możdżeniem, wiedziałem, że jest temat transferów Mili i Wawrzyniaka. Z nimi też konsultowałem moje przyjście. Główną przeszkodą, było to jak Lechia była nisko w tabeli. Nie byłem przyzwyczajony do obrony przed spadkiem, ale po rozegraniu 10 meczów wiosennych awansowaliśmy do ósemki.

Pierwsze wrażenie?

Gdy pojawiła się propozycja z Gdańska sprawdziłem skład Lechii, przy piłkarzach było wiele flag krajów z całego świata. Za dużo trochę. Wylądowało tu za dużo samolotów. Jedni wysiadali – drudzy wsiadali. Bardzo duża rotacja zawodników. Nie każdy się sprawdził. Kubę, Sebastiana i mnie sprowadzono po to, by Lechia łapała stabilność. Aby ci młodzi i nowi zawodnicy, którzy przychodzili mieli na kim się wzorować. By mieli autorytet, którego mogą słuchać i podpatrywać.

Pamiętasz swój debiut z Wisłą Kraków?

Nie mam zbyt dobrej pamięci, ale ten mecz akurat kojarzę. Poszedłem na obieg, Makuszewski dograł mi piłkę, wycofałem wzdłuż bramki i „Mr Wolej” przy słupku idealnie zmieścił. Wyszliśmy na ten mecz bardzo naładowani, motywowało nas to, że różnie się o Lechii wówczas mówiło. Odpowiedzialność spadała na nowych zawodników, oni mieli odmienić sytuację. Mieliśmy ratować pierwszą ósemkę.

Przyszedłeś do Lechii za kadencji trenera Brzęczka. Spodziewałeś się, że tak szybko zostanie trenerem kadry narodowej?

Miał fajne podejście do zawodników. Rozmawiałem z kolegami z kadry, mówią o nim w samych superlatywach. Że jest uczciwy i mówi co czuje, nie owija w bawełnę. Wiedziałem, że to będzie dobry trener, pokazał to w Płocku. Co do selekcjonera to nie wiem czy nie poszedł za szybko. Ale kibicuję mu bardzo, sztab w reprezentacji to ludzie, którzy byli w Lechii.

Najbardziej pamiętny mecz tamtej wiosny 2015 to chyba ten zwycięski z Legią, przy rekordowej frekwencji.

Ondrej Duda dostał czerwoną kartkę po faulu na mnie. Lechia powstawała z kolan po tych rewolucjach kuchennych. Komplet na trybunach, fajna atmosfera, wygrany mecz i morale drużyny urosło.

Grałeś wtedy na prawej obronie od deski do deski. Mocną stroną tamtej drużyny była gra w defensywie, wiele meczy udało się skończyć na zero z tyłu.

Mocnym punktem był Gerson, te pierwsze pół roku miał super, ale do głowy miał chyba włożone, że przez fajną grę może gdzieś szybko uciec. Przyszedł z kontuzją, miał chyba coś z barkiem, była walka by mógł normalnie funkcjonować. Gość twardo grający, na pograniczu faulu, z dobrym rozegraniem jak na polskie warunki. Był wzmocnieniem. Potem jak wrócił za trenera Owena to już nie było to.

 Wielu przyszło, wielu odeszło, ale jak było źle zawsze wdrażany był plan WR czyli „Wiśnia Ratuj”. Czy Piotrek mógł zrobić większą karierę?

Bardzo charakterny zawodnik. Na boisku żywiołowy, energicznie reagujący. Nie wiem, czy był gotowy na wyjazd? Czy miał możliwości? Zdecydował się na pozostanie. Myślę, że jest zadowolony ze swojej kariery.

 Z kolei Sebastian Mila nie może chyba powiedzieć, że jego powrót do Gdańska wypadł tak jak sobie wymarzył.

Wiemy, że największym atutem Sebastiana jest dogranie piłki ze stałego fragmentu, czy uruchomienie napastnika prostopadłym podaniem. Pokazywał wiele razy, że umie to robić. Ale są takie momenty, że trener zawodnika odstawia. Seba dostał sygnał, że będzie grał coraz mniej.

Ale w tym fatalnym sezonie 2017/18 mógłby wchodzić na końcówki? Gorzej od tych co grali by nie wypadł.

Oczywiście że mógłby i dobrym dograniem piłki ze stałego fragmentu może by odmienił losy meczu? Możemy gdybać. Sebastian przychodząc tutaj wrócił do klubu, w którym zaczynał i to podkreślał. Dla niego historia zatoczyła koło.

 Za trenera Brzęczka, w sezonie 2014/15 byliście o krok od pucharów, zakończyliście na piątym miejscu, jedno za nisko.

Za duża strata była. Ekipa miała potencjał, ale nie jest łatwo ot tak zbudować drużynę. Trener Brzęczek miał mnóstwo zawodników, z których musiał złożył optymalną jedenastkę. Każdy ma ambicję, by grać. A jeżeli nie grasz, to chciałbyś chociaż siedzieć na ławce i pokazać trenerowi w dogodnym momencie jak wchodzisz, że się myli. Przy takiej kadrze jaką mieliśmy 13, 14 czy 18 zawodnik to byli chłopacy, którzy później w innych klubach byli wiodącymi postaciami jak Możdzeń czy Chrapek. Rozgoryczenie i frustracja musiały się pojawić.

 W szatni było to widać?

Nie, aż tak nie. Nie było tak, że ci, którzy nie grają rozwalali szatnię. Po to były nasze transfery, aby zespół trzymać w ryzach. Mateusz Bąk czy „Wiśnia” znali lokalny klimat trochę dłużej i też trzymali rękę na pulsie.

 W pucharach nie zagraliście, ale zarząd klubu w zamian zorganizował wam namiastkę europejskich rozgrywek – zmierzyliście się z Schalke,  Wolfsburgiem, Hanowerem i Szachtarem na turnieju w Lublinie.

Samo założenie było dobre – Lechia miała grać jak równy z zespołami z Europy. Po to były te konfrontacje. Dla zawodnika na pewno ciekawe doświadczenia. Z drugiej strony, przez te ciągłe podróże nie mogliśmy się skoncentrować na przygotowaniach, a przecież drużyna się dopiero budowała.

 Wisienką, czy jak mówi pewien ekspert, truskawką na torcie był mecz z Juventusem Turyn.

Cenne przeżycie, dodatkowo dostałem koszulkę od nich, nie wiem czyją. Zbieram stroje piłkarskie, mam w swojej kolekcji około 150 sztuk. Zawsze staram się wymieniać ze znajomymi z ligi polskiej, w Niemczech było podobnie. Mam chyba wszystkie modele koszulek Lechii czy Lecha, w których grałem. Nie słyszałem, aby ktoś inny tak zaciekle je zbierał.

Jeszcze Krzysiek Bąk, jeden z twoich poprzedników na prawej obronie Lechii, ale chyba aż tylu nie ma. Wracając do Juve to nie był twój pierwszy mecz przeciw „Starej Damie”.    

Mam koszulkę z meczu z nimi gdy grałem w Lechu. Krasicia nie mam, od Asamoah dostałem. Juventus przyjechał do Poznania gdy było minus 19 stopni. Del Piero tylko oczy wystawały. Silny wiatr, śnieg, to był nasz handicap. Jeszcze tydzień po meczu odmrożona skóra schodziła z uszu.

Start do sezonu 2015/16 mieliście mizerny, co skończyło się zwolnieniem Brzęczka.

Wyniki nie była najlepsze, można było się spodziewać takiej decyzji. Wcześniej jednak były głosy, że dajemy czas trenerowi, by zbudował silną drużynę. Nie mnie oceniać tę decyzję, ale trener Brzęczek robił dobrą robotę. Grając u niego większość meczów, widziałem, że Lechia generalnie idzie w dobrym kierunku.

Pod koniec sierpnia 2015 r. mieliśmy w Lechii kolejny zaciąg transferowy.

Sławek Peszko mnie pytał, jak to wygląda, co można osiągnąć, powiedziałem że jest potencjał i jest możliwość namieszania w lidze. Potem przyjście Krasicia i braci Paixao jeszcze podniosło jakość drużyny.

Sławek miał cel, by grać, by kadra mu się nie wyślizgnęła. Trener Nawałka stawiał warunek, żeby dostać powołanie trzeba grać w lidze.

Milos Krasić przyszedł tu by się odbudować, bo nieudanym okresie w Fenerbance.

Początek miał ciężki. Wiadomo, czego będzie wymagał trener z Niemiec. Przeżyłem to na własnej skórze, priorytetem jest przygotowanie fizyczne i mentalne. Jeżeli zawodnik nie wybiega w treningu tyle co trzeba, jest zaproszony na rozmowę. Dobre przygotowanie jest bazą do realizacji celów techniczno-taktycznych. Krasić przyszedł nie grając wcześniej długo w piłkę, u Von Heesena miał ciężko. Przychodził do nas jako gwiazda, grająca w najlepszych klubach w Europie. Oczekiwania wobec niego były duże.

Jak odbieraliście publiczną krytykę ze strony trenera?

To było karygodne. Uważam, że w szatni można powiedzieć wszystko, można rzucać butami, robić wszystko by pomóc drużynie. Ale wychodzić do dziennikarzy i mieszać zawodników z błotem na dużym forum, to nie jest coś co uważam za godne.

Wiedzieliście, że Von Heesen był wcześniej w innej roli niż trener?

Zdawaliśmy sobie sprawę, że nie jest przypadkową osobą, że kręcił się wcześniej wysoko. Może stąd takie zachowanie, może czuł się na tyle mocny? Taki sposób budowania drużyny nie służył temu, by ci zawodnicy, których krytykował szli za nim w ogień.

Treningi u niego były podobne do zajęć z polskimi szkoleniowcami?

Wszędzie trenuje się podobnie. Kiedyś może więcej czasu spędzało się w lasach. Dziś budujesz wytrzymałość grając w piłkę. Jest więcej elementów mocy na treningach. Tu i tu były sztangi, ale na bardzo podobnych obciążeniach.

Zwolnienie Von Heesena nie było zaskoczeniem.

Pod koniec wyjazdowego meczu z Pogonią, który był jego ostatnim, na pozycję defensywnego pomocnika wszedł Mario Maloca i po zbiciu piłki głową straciliśmy bramkę. We wcześniejszych meczach, gdy wynik był na styku, każda zmiana była defensywną. Może wyniki tego nie pokazują, ale w tamtym momencie czuliśmy się mocno w ofensywie. Chcieliśmy kreować grę, mieliśmy dużą siłę rażenia.

Wspomniany „Generał” początki miał ciężkie, ale potem doszedł do dobrej formy.

Na przestrzeni lat, gdy tu byłem to najlepszy środkowy obrońca. Mario po przyjściu trenera Nowaka złapał luz i dynamikę, piłkarz dysponujący fajną prędkością, czytający grę. Dobrze czuł się w grze w powietrzu i piłka mu nie przeszkadzała. Zasłużył na transfer do Niemiec, gdzie grał każdy mecz. Teraz wraca, dobry ruch klubu.

Nowak przestawił was na grę trójką z tyłu.

Dla mnie nie była to zupełna nowość, zdarzało się w Niemczech, że grałem w ten sposób.

W pierwszym meczu na wiosnę, z Podbeskidziem jednak nie zagrałeś.

Była taka sytuacja, w ostatniej grze wewnętrznej w Turcji: graliśmy w trójkę z tyłu i odezwałem się do trenera, gdzie mamy być, bo nie widać linii środkowej. On jakoś dziwnie to zinterpretował i odesłał mnie do drugiego zespołu. Ostatni dzień na obozie trenowałem z zapleczem.

Lechia Gdansk - Termalica Bruk-Bet Nieciecza N/z Grzegorz Wojtkowiak Foto Piotr Matusewicz
Lechia Gdansk – Termalica Bruk-Bet Nieciecza N/z Grzegorz Wojtkowiak Foto Piotr Matusewicz

W drugim meczu już grałeś.

Z Koroną na wyjeździe, zdobyłem nawet bramkę, ale przegraliśmy 2:4. Gerson dostał wtedy czerwoną kartkę. On był stworzony, aby grać w czwórkę z tyłu, trójka mu nie pasowała.

Tamtej wiosny roku 2016 z naszego stadionu zrobiliście twierdzę.  

W wielu meczach szliśmy jak do pożaru. Jeżeli strzeliliśmy w ciągu 20 minut jeden czy dwa gole, to mecz był już pod nasze dyktando.

Na wyjazdach z kolei inna bajka, przeważnie w plecy.

Może mecze wyjazdowe powinniśmy zagrać bardziej asekuracyjnie?

Nowak was kupił swym amerykańskim podejściem?

Uwierzyliśmy, że możemy grać w systemie z trójką obrońców. Trener początkowo nas zachwycił boiskowym zrozumieniem, podejściem do zawodników. Zrobił fajną atmosferę w szatni.

Czasem grałeś jako kryjący, czasem na wahadle. 

W akcjach ofensywnych miałem iść bardzo wysoko, zabierać pomocnika, aby nasza trójka z tyłu miała dużo możliwości do rozegrania. Przy rozegraniu piłki od bramkarza, ja byłem praktycznie w linii napadu, po przegraniu piłki, stawałem się prawym obrońcą. To były wyćwiczone schematy.

Zdobyłeś bramkę głową w meczu z Pogonią.

Miałem opatrunek na głowie, zastanawiałem się czy nie zawsze powinienem tak grać, to może więcej bym strzelał? Dostałem wtedy w głowę od Frączczaka i łuk brwiowy pękł.

Trzy bramki w Lechii, trzy w Lechu i trzy w Niemczech. Nigdy nie byłem bramkostrzelny.

To tak jak Daniel Łukasik.

Śmiałem się z nim, że do końca kariery nie przeskoczy mnie w ilości zdobytych bramek. Była na niego straszna nagonka, nie zostawiano na nim suchej nitki. Nie wiem czym to było spowodowane? Teraz odpalił i z Kubickim w środku pola dobrze się czuli. Wie jakie ma przydzielone zadania, ma czyścić, odbierać. zabezpieczać pole gry.

W sezonie 2015/16 byliście jeszcze bliżej pucharów niż rok wcześniej, jednak ostatni mecz przegraliście 0:2 z Cracovią, mimo że Vanja obronił karnego.

Typowy bramkarz, głowa czasem nie dojeżdżała. Bramkarze muszą w ten sposób reagować, nie bał się ryzyka. Transfer do Włoch zapewne pomógł mu wziąć się w garść, musi tam znaleźć osobę, która go ukierunkuje. Dysponował potężnym uderzeniem, walił przerzuty krzyżakiem, jak ja normalnie.

Bracia Paixao to na naszą ligę ścisły top.

Już grając w Śląsku robili różnicę w lidze. Ich transfery pokazały, że chcemy grać ofensywnie, nie kalkulować w grze. Często się śmialiśmy, że jeden gra lepiej, gdy drugiego nie ma. Patrząc w statystyki można wywnioskować, że poniekąd trochę prawdy w tym jest. Nie w tym nic złego, że szukali się na boisku. Nieraz nieco ponosiła ich fantazja i mogli szukać innych rozwiązań. Summa summarum ich przyjście to duża wartość dodana dla Lechii.

Sezon 2016/17 miał zakończyć się co najmniej udziałem w pucharach. Dobrze to wyglądało na początku, byliście długo liderem.

Naszą dobrą passę przerwała Legia, zagrałem wtedy na środku obrony. Przegraliśmy 0:3. Słabo wyglądaliśmy w tym meczu. Z tego co pamiętam, bramki które straciliśmy były nieco kuriozalne.

Potem nie grałeś w pięciu kolejnych meczach.

U trenera Nowaka, jeśli były roszady w obronie to dotyczyły mnie lub Rafała Janickiego. Gdy obrona nawaliła winien był jeden z nas.

Wiosnę 2017 roku miałeś mało udaną.

Na treningu doznałem kontuzji kolana. Od kwietnia nie grałem. Całą rundę finałową śledziłem z trybun.

Ostatni mecz z Legią w Warszawie też?

Nie, zostaliśmy w Gdańsku, z tymi co nie grali i razem oglądaliśmy. Gdy „Jaga” przegrywała, byliśmy w pucharach, każdy brał ten wynik w ciemno. Prawie byliśmy u celu. Można gdybać dziś – może trzeba było zaryzykować? Albo nadzialibyśmy się na kontrę, albo nie. Nie udało się. Runda finałowa była jednak bardzo dobra, nie straciliśmy gola.

Prezentacja Lechii Gdansk przed sezonem 2016/2017 N/z Grzegorz Wojtkowiak Foto Piotr Matusewicz
Prezentacja Lechii Gdansk przed sezonem 2016/2017 N/z Grzegorz Wojtkowiak Foto Piotr Matusewicz

Sezon 2017/18 to spore turbulencje. Zajęcia na obozie w Gniewinie prowadził Adam Owen, a Nowak stał z boku.

Tłumaczono nam, że trener Nowak chce mieć asystenta, którego wprowadza. Pewnie gdzieś u góry ustalone, że następcą Nowaka będzie Owen.

Wiesz o tym, że Owen uważał ciebie za najlepszego obrońcę Lechii?

Wiem, mówił mi to. Pokazywał statystyki, że gdy ja gram to są punkty. Przeważnie grałem na środku w parze z Błażejem Augustynem, to najlepiej funkcjonowało.

Myślisz, że Błażej specjalnie trafił piłką w twarz w derbach tego zawodnika z Arki? 

Są czasem w meczu takie sytuacje, ale nie zrobił tego naumyślnie. Tak samo ja się gdzieś przepychałem z Marciniakiem, takie walki kogutów są wskazane w piłce. Ale każdy z nas wiedział, że wyprowadzenie jednego ciosu będzie skutkować kilkumiesięczną dyskwalifikacją.

W derbach w Gdyni nie byliście faworytem.

Po klęsce z Koroną u siebie byliśmy mocno napompowani, zdeterminowani by dobrze wypaść. Derby to był mecz, w którym ja zagrałem po raz pierwszy po kontuzji.

Przed derbami kibice odwiedzili nas na treningu.

Kibice na swój sposób chcieli pokazać, że wierzą w nas i są z nami. Ja to odebrałem pozytywnie.

Mimo wygranej w derbach sytuacja w szatni była niewesoła.

Myślę, że mecz z Arką miał być ostatnim Owena, bramka Flavio odwlekła jego zwolnienie. Dla trenera największym zaskoczeniem było, że głównym tematem rozmów nie były sprawy sportowe a organizacyjne. On przyszedł z kraju, w którym dżentelmeni nie rozmawiają o pieniądzach.

Odbiór Owena przez kibiców przez kibiców i przez drużynę był diametralnie inny.

Kibice nazywali trenera WF-istą z Walii, specjalista od przygotowanie fizycznego, za którego kadencji fizycznie nie czuliśmy się dobrze – to paradoks. Natomiast był fajnym facetem, fair wobec każdego zawodnika, analiza, przygotowanie do treningów wszystko ścisły top. Jeśli przyjeżdża człowiek z reprezentacji Walii, gdzie ma Bale’a, ma doktoraty i wszelkie tytuły, pokazuje nam wykresy, dokładnie tłumaczy co będziemy robić i jak czuć, wszystko podczas treningu monitorowane przez komputery, ty już stop, ty popracuj jeszcze itd. – takiemu facetowi wierzysz.

Czy obóz zimowy z Owenem różnił się od przygotowań z polskimi trenerami?

Wszystko było na bieżąco monitorowane i nasze wyniki były zadawalające. Inaczej to wyglądało w Lechu za trenera Bakero, gdzie na 10 dni obozu może trzy razy mieliśmy dwa treningi dziennie, tak to po razie. Poza tym masaże, sauna, jacuzzi, jak w Hiszpanii.

Owen chce grać trójką obrońców, a ty wiosnę zaczynasz na trybunach.

Odgórnie było powiedziane, że Adam Chrzanowski ma grać. Lewa noga, duży talent, takiego zawodnika potrzebuje Lechia i cała polska liga, a nawet kadra w dalszej perspektywie. Popełnia błędy, płaci frycowe, ale ogrywa się. Przyszedł jednak moment, że został skasowany. Nie podobało mi się to, jak była decyzja że ma grać, to niech gra.

Pierwszy mecz trenera Stokowca jest jednocześnie twoim ostatnim meczem w Lechii. 1:3 z Legią u siebie. 

W tym spotkaniu miałem w ogóle nie zagrać. Przez cały tydzień trener próbował czegoś innego. Chodził po szatni, pytał, co, gdzie i jak? Moja osoba była gdzieś w tle, jednak na odprawie dowiedziałem się że gram. Po tym meczu nabawiłem się urazu Achillesa, w momencie nie za ciekawym dla mnie. Przychodzi nowy trener i po tygodniu zajęć nie może mnie zobaczyć przez trzy miesiące.

To zapewne miało wpływ na późniejszą decyzję trenera o przesunięciu ciebie do rezerw.

Nie do końca rozumiem tę decyzję. Gdy dochodziłem do zdrowia trener poinformował mnie, że nie wyobraża sobie żebym nie pojechał na obóz i nie pomógł drużynie.

Na obóz do Cetniewa pojechałeś.

Przygotowania zaczęły się badaniami. Gdy wszedłem w pełne obciążenia, bodajże dzień przed obozem na treningu naciągam lekko Achillesa. Pojechałem na obóz, ale nie mogłem stanąć na tej kontuzjowanej nodze. Wyleczyłbym się do końca, a tak presja spowodowała, że wróciłem może o dwa tygodnie za wcześnie?

Mówię: trenerze, wracam do Gdańska, do specjalisty na zabiegi. Pierwsze kilka kolejek byłem w drużynie, po trzecim meczu dostałem info, że jednak nie będę potrzebny, a przecież moja przydatność nie została w żaden sposób sprawdzona,

Jak to się odbyło?

Zostałem zawołany na górę, trener przy prezesie i dyrektorze sportowym trener coś objaśniał. Nie bardzo miał tezę, dlaczego ja się nie nadaję do drużyny. Wszyscy zawodnicy, trenerzy, ludzie pracujący w klubie przez lata poznali mnie i moje podejście do treningu, do gry, było profesjonalne i bez zarzutów. Nie jestem osobą, która będzie się awanturować i mącić wodę w szatni.

Masz żal.

Myślę, że nie byłoby krzywdy gdybym trenował z pierwszym zespołem i schodził do rezerw na mecze. Patrząc na zawodników, którzy w pierwszym zespole w sezonie 2018/19 zagrali symboliczny wymiar minut, nie byłbym gorszy.

Były oferty z innych klubów dla ciebie?

Wyłożyłem moje stanowisko władzom klubu bardzo jasno – spowodowaliście, że jestem zawodnikiem IV-ligowych rezerw, a nie Ekstraklasy więc jak załatwicie jakieś wypożyczenie to proszę bardzo. Oczywiste jest, że jak grasz w wyższej lidze masz więcej ofert. Nie byłoby dla mnie problemem, gdyby raz na miesiąc trener zaprosił mnie na rozmowę i powiedział: daj więcej z siebie, a wrócisz. Nie było czegoś takiego. A przecież rozmowa jest dobra na wszystko, jesteśmy dorośli, możemy sobie powiedzieć prawdę w twarz.

Jak sobie poradziłeś z tą niekomfortową sytuacją?

Pierwszy miesiąc był dla mnie ciężki. Rehabilitowałem się wszędzie tylko nie w szatni Lechii. Jeśli już mogłem tam przyjść to w innych godzinach niż I drużyna. Do końca nie wiem dlaczego, ale trener Stokowiec nie chciał mnie tam widzieć. Nie wiem czy usłyszał jakąś nieprawdę na mój temat? Nie chce w to wnikać.

Z tych młodych chłopaków, z którymi grałeś w rezerwach któryś rokuje?

Moim celem było podnosić jakość tych zawodników, których spotkałem w rezerwach. Mam żal, ale z drugiej strony widzę jak ci chłopcy się rozwinęli. Przede wszystkim Filip Dymerski. Widziałem na początku jak się zachowywał w grach wewnętrznych, a jak grał potem, w pełni zasłużył na awans do I zespołu i potem w nim debiut.

Największym problemem było to, że musiał w powietrzu pojedynkować się w powietrzu z gościem 30 kilo cięższym i głowę wyższym. Cieszę się, że jakaś moja rola w tym była, że słuchali moich rad. Mówiłem: nieważne, próbuj, skocz mu na plecy, bądź taką małą pchłą która przeszkadza napastnikowi. Drugi pozytywny przykład to Mateusz Cegiełka, który grał tuz przede mną. Mateusz Żukowski gdy przyszedł jako 16-latek do I zespołu, byłem pod wrażeniem. Ma coś w sobie.

Głowa podąża za resztą ciała?

Jest najważniejsza. Na swojej drodze spotkałem mnóstwo zawodników którzy byli pięć razy lepsi ode mnie, a jednak nie mieli poukładanego życia i przepadli.

Kto jeszcze z rezerw ma szansę grać?

Każdemu z nich, gdy tylko jest zaproszony choćby na jeden trening I zespołu mówię na do widzenia: frajerku, ja tu nie chcę cię więcej widzieć. Zostań tam.

Mają dać z siebie wszystko. W I zespołu jest już Petk, jest jeszcze Rugowski. Przy takim trenerze jak Stokowiec, który lubi wprowadzać młodych, gdy będą dawali z siebie 100%  będą mieli okazję zaistnieć.

Funkcjonowanie zawodnika doświadczonego w rezerwach ma swoje plusy.

Przy rozsądnych zasadach ma to sens. Kraso czy Peszkin byli traktowani jak autorytety przez tych młodych chłopców. Ja byłem najdłużej, bo cały sezon, bycie z nimi w drużynie to nie tylko mecz, to także trening i wspólna szatnia.

Jesteś jakby kolejnym asystentem trenera rezerw Dominika Czajki, bo kilku już ma.

Trener cały czas zadaje mi pytania, co ja sądzę, jak to widzę. Nie wchodzę w jego rolę, ale wyrażam swoje zdanie. Nic mu nie ujmując – inaczej to widać z boku, a inaczej od środka.

 Na koniec nie możemy nie zapytać o Egy’ego.

Zawodnik z dużym potencjałem, jednak w tym systemie u trenera Stokowca nie ma wielkich szans na grę. Zawodnik grający tylko w przód. A dziś gra Lechii wygląda tak, że broni od środka boiska i czeka na swoje szanse z przodu. I to zdaje egzamin. Egy wpuszczony na końcówkę może dać coś w ofensywie.

Trzecie miejsce i puchar to najlepszy sezon w historii Lechii.

Gdy ja byłem w kadrze Lechii za dużo zawodników z różnych stron świata albo dokooptowanych w nie najlepszym okresie dla samego zawodnika. Od roku ta drużyna jest niemal w niezmienionym składzie. Rozsądnie budowana, filary są te same. Przyniosło to rezultaty. Wcześniej trenerom albo zawodnikom, tego czasu nie dawano. Uważam, że trzon drużyny trzeba opierać na Polakach.

Co teraz? Zostajesz u nas w Gdańsku?

Nie, wracam do Poznania. Będę trenerem w Akademii Lecha we Wronkach.

Szkoda, bo znany poławiacz piłkarskich pereł, trener Józef Gładysz mówi o twoich bliźniakach, że na pewno będą grali w piłkę. Szkoda, że nie w Lechii, a w Lechu.

Cieszę się, że osoba o takim doświadczeniu i oku tak sądzi. Wielu trenerów widziałem w akcji, ale człowieka o takim podejściu do maluszków spotkałem dopiero na sam koniec mojej kariery piłkarskiej. Cieszę się że nasze drogi się przecięły. Co do moich chłopców – ważne, żeby zdrowi byli. Reszta przyjdzie sama.

Top