Jesteś tu
Home > artykuły > Kanarkowi biało-zieloni czyli lechiści z Brazylii

Kanarkowi biało-zieloni czyli lechiści z Brazylii

Do tej pory w ekstraklasowej Lechii Gdańsk wystąpiło pięciu przybyszy z Kraju Kawy – alfabetycznie Deleu, Gerson, Miranda, Nazario i Ricardinho.

Z kronikarskiego obowiązku należy przypomnieć, że w latach 90. ubiegłego wieku był przy Traugutta taki dziwny fuzyjny twór Lechia-Polonia w którego mocno zaangażował się łódzki biznesmen mający słabość do Brazylii – Antoni Ptak. Batata, Julcimar, Saulo i Mauro nazywali się ci magicy z Copacabany, którzy kopali w Gdańsku.

O tym ostatnim pisał Sebastian Mila w swej biografii:

(…) umiał grać w piłkę, trzymaliśmy się z nim, bo mieszkał blisko nas. Jak wielu obcokrajowców czarował bezosobową, niebanalną polszczyzną.

– Ja chcieć.

– Ty powiedzieć o która.

– Ja nie iść z wami. Ja spać.

No i przede wszystkim:

– Nie ma pieniędzy, ja dzwonić do Ptaka, ja musieć do doma.

Dwóch pierwszych (Batata i Julcimar) w barwach Pogoni Szczecin zostało obrzuconych cytrusami w pamiętnym meczu pucharowym z Lechią w 2006 roku.

Ciężkie początki w 2010 roku w Gdańsku miał zdecydowany numer 1 spośród kanarkowych lechistów, DELEU, a właściwie Luis Carlos Santos. Kiedyś gdy lechiści lecieli na zgrupowanie do Turcji z jednego z niemieckich lotnisk, wąsata teutońska celniczka nie chciała „Didiego” wpuścić na pokład, jako że takiego nie było na liście pasażerów. Na szczęście w pobliżu był Lewon Hajrapetian, Ormianin wychowany w Hamburgu i w języku Goethego wyjaśnił co i jak. Samolotem gdańszczanie lecieli również do Wilna na sparing z Żalgirisem, gdy Deleu dopiero wchodził do drużyny. To wtedy kibice (również wiślacy siedzący wtedy w sektorze) niezbyt przyjaźnie powitali Brazylijczyka. Sam „Didi” wspomina to tak:

– Wróciłem do szatni, a tam stypa. Wynik remisowy a w szatni wszyscy smutni, zastanawiam się co jest grane? Nie zdawałem sobie sprawy co to za kibice, czy miejscowi czy z Gdańska. Myślałem, że nasi nie dojechali, bo to jednak inny kraj. Nawet coś im pokazałem pozytywnego, ale trener Kafarski machał ręką, żeby tego nie robić. Być może byli tam wtedy kibice, z którymi później złapałem bardzo dobry kontakt.

Gdy „Santos” (jak mówił na niego Łukasz Kacprzycki) odchodził z Lechii cztery lata później, kibice z Pruszcza Gdańskiego urządzili mu niespodziankową imprezę. Był mecz w którym zagrali m.in. Piotrek Wiśniewski, Patryk Małecki, Kuba Biskup, a potem było piękne pożegnanie ze szpalerem z racami. Niejednemu pociekły łzy wzruszenia. Łzy w tym Deleu były chwilę wcześniej po ostatnim meczu sezonu 2013/14 z Górnikiem w Zabrzu. Klubowe władze kazały Ricardo Monizowi wystawić Pawła Stolarskiego, ale ten grał tak że w połowie musiał zastąpić go „Didi”. O całej kadencji Moniza poczytacie tutaj.

Właściwie czemu Deleu został tak w Gdańsku pokochany? Przede wszystkim dlatego, że szybko nauczył się polskiego, na boisku dawał z siebie wszystko i stał się jednym z nas. Co to za ananas wiedzieliśmy już po trzech miesiącach pobytu w Wolnym Mieście, gdy w drodze na mecz z Legią spytał przerażonych kolegów o rywali: Co się boicie? Czy oni mają po trzy jaja? Lechia w piorunującym stylu wygrała 3:0, a „Didi” zaliczył asystę przy trzecim golu Pawła Nowaka. 

Szczytowe osiągnięcie Deleu w Gdańsku to zdobycie koszulki Messiego podczas „Supermeczu” gdy został na asekuracji przy rzucie rożnym dogadał się na wymianę z najlepszym piłkarzem świata.

– Dużo ludzi oglądało ten mecz w Brazylii, to był pierwszy mecz Neymara w barwach Barcelony. Największa telewizja Globo transmitowała to spotkanie. To tak jakby w Polsce wszyscy czekali na mecz Lewandowskiego w nowym klubie. Wszyscy czekali na Neymara, a on na ławce i musieli oglądać mnie! Nawet nie wiedzieli kto ja jestem, ale komentatorzy wyjaśnili, że Brazylijczyk gra w Lechii. – Moglibyśmy o Deleu napisać książkę, bo to świetny gość. Duży wywiad z nim, jak dożyjemy, opublikujemy w jego urodziny 1 marca.

Poza rolą piłkarza, Deleu pełnił również rolę tłumacza Ricardinho (Ricardo Cavalcante Mendes) kolejnego z Brazylijczyków. Co ciekawe w meczu z Koroną Kielce (1:0), gdy „Rysiek” strzelił pierwszą z siedmiu bramek dla Lechii, Canal Plus podpisał go właśnie „Mendes”.

Krzysztof Brede był wtedy II trenerem:

– Ricardinho to był piłkarz, z którym przyjemnie się pracowało. Genialna technika, jak to Brazylijczyk, może nie jakaś niesamowita szybkość czy siła, ale zmysł do gry kombinacyjnej. Robiliśmy takie małe gry 4 x 4, był Machaj, Surma i Razack z „Ryśkiem” – ciężko było komuś z nimi wygrać. Kiedyś z nimi grałem w dziadka to założył mi bezczelną dziurę, podbiegłem do niego, a on podeszwą przetoczył mi piłkę między nogami. Z tego co wiem, on wyszedł z faweli, z nieciekawego środowiska, powiedział „Kalce” jak wyjeżdżał, że musi iść dalej, musi zarobić do końca kariery.

Nie wiadomo w jakim narzeczu to powiedział, raczej nie po polsku:

– Był z boku zdecydowanie, nie integrował się z drużyną. Nie chciał się za bardzo polskiego uczyć.. W pierwszych czterech meczach sezonu Deleu ani razu nie znalazł się nawet w „18” dlatego przydawał się w innej roli. Został tłumaczem. Trener „Bobo” Kaczmarek zawsze mawiał – Delu (zamiast Deleu), no weź mu powiedz!

Gdy „Didi” po świętach przyjechał nieco później, na szatnię padł blady strach, nie było jak się z Ricardinho dogadać. Razack Traore  też nie był poliglotą, ale przez dwa i pół roku najważniejszego piłkarskiego zdania się nauczył: nie ma sianka, nie ma granka.

Ricardinho, w jedynym swym sezonie w Lechii zdobył siedem goli, z czego pięć jesienią i poszedł dalej w świat. Lechia na nim sporo zarobiła – mistrz Mołdawii Sheriff Tiraspol zdecydował się zapłacić klauzulę w wysokości 350 tysięcy euro. Przedtem Lechia dostała więcej jedynie za Wojtka Pawłowskiego – rok wcześniej.

Tyle o Brazylijczykach ery Kuchara, która była jakoś normalniejsza od obecnej.

Na początku sezonu 2014/15 do Gdańska przyleciał z Brazylii Henrique Miranda Ribeiro. Prosto z lotniska został skierowany na specjalistyczne badania, gdzie orzeczono że za 2-3 miesiące będzie do gry. Zaraz po tym obrońca wyszedł na boisko, zagrał 36. minut z w lidze Zawiszą w Bydgoszczy, po czym zerwał więzadła krzyżowe. Zrobiono mu krzywdę.

Henrique Miranda
Henrique Miranda

Wtedy również przyszedł Bruno Nazario wypożyczony z Hoffenheim, na zachętę dostał numer 10 na plecach. W 33 ligowych meczach strzelił jednego gola, transfermarkt mówi o ośmiu asystach, ale najbardziej pamiętamy jedną, na głowę innego giganta Maćka Makuszewskiego  – 1:0 z Legią Warszawa gdy pobity został rekord frekwencji. Poza tym pamiętamy również bójkę w jaką wdał się Nazario na boisku z „Wiśnią” podczas meczu z Lechem w Poznaniu. Aha i oczywiście „waterflipa” którego robił z inną legendą – Rudinilsonem.

Problem mamy z oceną ostatniego z brazylijskiego kwintetu – Gersona (Gerson Guimarães Ferreira Júnior). Na początku Brazylijczyk był trochę jak z UFO wszyscy o nim słyszeli, ale nikt nie widział. Za trenera Brzęczka obok lechistów w tym samym hotelu na zgrupowaniu była rumuńska drużyna Petrolul Ploiesti, w której był wtedy Gerson. Przez pierwsze parę posiłków było szpiegowanie. To ten? A może ten? Połowa piłkarzy była czarnych więc trudno znaleźć, zwłaszcza przy kolacji. Gersona jednak wtedy na obozie nie było. Ktoś złośliwy stwierdził z przekąsem – może mu właśnie blachy przebijali w paszporcie? Żarty na bok, przez pierwsze pół roku Gerson był w obronie skałą, stanowił ścisłą czołówkę stoperów w lidze. Potem było coraz gorzej. Dały mu się we znaki kontuzje, a tytanem pracy nie był. Podczas rehabilitacji miał rolować bolący bark, gdy fizjoterapeuta na chwilę odwrócił się, piłkarz zaraz sprawdzał co tam na telefonie. Innym razem zadzwonił po tzw. „team service” w środku nocy, poza pieluszkami dla dziecka zażyczył sobie dwóch paczek…chipsów. Za Piotra Nowaka odpalono go bez żalu do Korei Południowej. Potem wciąż miał kontrakt i Adam Owen powołał go z powrotem pod broń. Miał być ostoją obrony. Rok 2018 zaczął w podstawowym składzie, a jeszcze przed końcem sezonu już za trenera Stokowca rozwiązał kontrakt za porozumieniem stron.

Top