Jesteś tu
Home > artykuły > Jerzy Kruszczyński – między Lechią, a Lechem

Jerzy Kruszczyński – między Lechią, a Lechem

Jerzy Kruszczyński: Zawsze mówię, iż mimo że w Lechii grałem jedynie dwa lata, a w Lechu cztery i pół (z czego dwa ostatnie byłem kapitanem), to Lechia jest mi bliższa…

Jestem wychowankiem Pogoni Szczecin, stamtąd przeszedłem do Arkonii. Ostatni mecz sezonu 1982/83 w 2 lidze graliśmy u siebie z Olimpią Poznań, przegraliśmy 0:1 i spadliśmy z ligi. Ja zostałem wicekrólem strzelców tej ligi i nie mogłem narzekać na brak propozycji. Najpoważniejsze były dwie z Lechii i z Olimpii Poznań. Nazajutrz po ostatnim meczu sezonu 82/83 spotkałem na dworcu chłopaków z Olimpii, wśród nich Rysia Rybaka, z którym potem grałem w Lechu, oni mnie zagadują: no i co słyszeliśmy, że przechodzisz do nas. Ja mówię, że nie, że wybieram się do Gdańska. Taką podjąłem decyzję i nie żałuję…Lechia miała ten atut, że mogła zaoferować mieszkanie.

W Gdańsku z miejsca pojechałem na obóz do Starogardu, tradycyjnego wtedy miejsca zgrupowań piłkarzy Lechii. Zagrałem w dwóch czy trzech sparingach, pamiętam, że w jednym z nich z Bronią Radom strzeliłem cztery czy pięć goli, wszystkie po asystach Ryśka Polaka , to był dobry początek naszej późniejszej współpracy.

Razem ze mną przyszli wtedy do Lechii Olek Cybulski i Maciek Kamiński, pół żartem niektórzy mówią, że to najbardziej udane okno transferowe w historii klubu, trochę czasu już minęło, chcę by w Gdańsku znów były sukcesy jak za moich czasów, by nasi następcy poszli w nasze ślady.

Superpuchar Polski

Pierwszy mój oficjalny mecz to pierwszy w historii mecz o Superpuchar, my Lechia jako zdobywca Pucharu i beniaminek drugiej ligi spotkaliśmy ówczesnego mistrza Polski czyli Lecha Poznań. Rozmawiałem przed meczem z Czesiem Jakołcewiczem, który wówczas przeszedł do Lecha, a którego znałem ze Szczecina, żeby dali nam wygrać, ale to były oczywiście żarty. W Lechu grało chyba z siedmiu reprezentantów kraju i my właściwie wyszarpaliśmy im to zwycięstwo. To była oczywiście wielka niespodzianka, ale nasza wygrana była zasłużona. Dopiero po meczu z Lechem, podpisałem kontrakt z Lechią. Za to od razu 5-letni, nie wypełniłem go nie do końca ze swojej winy, ale o tym później…

Wiadomo, że po takim początku sezonu dostaliśmy skrzydeł, nabraliśmy pewności siebie i przeszliśmy ten drugoligowy sezon jak burza. Najważniejszy gol? Chyba ten w jednej z ostatniej kolejek na wyjeździe z Moto Jelcz Oława, z rzutu karnego w 90. minucie. Ale nie zadrżały mi nogi, pewnie trafiłem, miałem taki sposób, że do końca wyczekiwałem bramkarza i wtedy strzelałem w drugi róg.

Z mojej kariery pamiętam tylko dwa niewykorzystane rzuty karne. Pierwszy w barwach Arkonii, gdy w sezonie 1980/81 graliśmy derby z Pogonią i przegraliśmy 1:2. Drugi już w barwach Lecha, gdy graliśmy z Jagiellonią, trafiłem w słupek, na szczęście w jednej z kolejnych akcji zrehabilitowałem się i zdobyłem zwycięskiego gola. Ten mecz z Jagą odbywał się trzy dni przed pamiętnym rewanżem z Barceloną, w którym pokonałem Zubizarettę, właśnie z karnego i prowadziliśmy 1:0. Była chwila wątpliwości czy to ja powinienem strzelać po niewykorzystanym karnym trzy dni wcześniej, ale ostatecznie podszedłem i trafiłem. Był remis potem dogrywka i karne… Jerzy Kasalik był wtedy asystentem trenera Henryka Apostela. Ten pierwszy był dość porywczy, drugi spokojny…Kasalik uparł się, że ja mam strzelać pierwszy w serii rzutów karnych, że jestem pewniakiem itd. Zresztą tak samo było w finale PP z Legią na koniec poprzedniego sezonu, trafiłem pierwszy i wygraliśmy. Wracając do Barcy, ponownie oszukałem Zubizarettę, kto wie co by było gdybym strzelał ostatni, może byśmy przeszli? Była taka sytuacja, że strzelał Jarek Araszkiewicz, gdyby trafił awansowalibyśmy. Johan Cruyff już szedł do szatni, gdy „Araś” podbiegał do piłki, niestety nie trafił, a słynny holenderski trener wrócił się na swoje miejsce. Potem nie trafili jeszcze Pachelski i Damian Łukasik i wielki sukces przeszedł nam koło nosa.

Strzelał Juventusovi i Barcelonie

Był taki finał Ligi Mistrzów Juventus – Barca, miałem to szczęście że pokonałem bramkarzy obu tych drużyn, obu z karnych, nie wiem czy jakiś inny polski piłkarz tego dokonał. Rzut karny z Juventusem to oczywiście w barwach Lechii, dał nam prowadzenie 2:1. Chociaż przegraliśmy ostatecznie 2:3 nie muszę chyba mówić jakiego kopa dało nam to spotkanie. Przez cały ten sezon drugoligowy przeszliśmy jak burza, grając ofensywny futbol. Czy były chwile zwątpienia? Myślę, że my jako starsi gracze (ja miałem 25 lat, czyli old boyem też nie byłem), „Jadzia” , Tadziu Fajfer trochę obawialiśmy się o młodych, „Wuja”, Grembockiego, Wydrowskich, czy mentalnie wytrzymają cały sezon, przecież to byli chłopcy wtedy 18-letni. Na szczęście dali radę.

Wielką satysfakcję dało nam też 6 goli strzelonych w dwóch derbowych meczach z Arką, grałem w spotkaniach o lokalny prymat w Szczecinie, ale w Trójmieście to było zupełnie co innego, ciśnienie było nieporównywalnie większe. Wjeżdżaliśmy na stadion prosto ze Starogardu i cały stadion wygrażał co zrobi ze „śledziami”, my zresztą też dogryzaliśmy po cichu derbowym rywalom.

Muszę powiedzieć, że nasz duet trenerski czyli JastrzębowskiGładysz idealnie się uzupełniał. Józio był tym, który stał z boku, ale jego rola jest nie do przecenienia. W drużynie nie było konfliktów, z każdym meczem coraz bardziej wierzyliśmy w siebie, byliśmy na ogromnej fali, no i byli z nami wierni kibice, nasz 12 zawodnik.

Potem w ekstraklasie nie było już tak łatwo. Moim zdaniem zabrakło takich transferów jak zrobiono przed 2 ligą, już pierwszy mecz z Górnikiem Wałbrzych przecież nie jakąś potęgą, pokazał ze rywale są bardziej doświadczeni. Dla nich wtedy strzelił bramkę Włodzimierz Ciołek, kogoś takiego w środku pola u nas zabrakło, kogoś pokroju jego lub Henryka Miłoszewicza. Sama młodość i entuzjazm nie wystarczyły, z kolejnymi niepowodzeniami straciliśmy pewność siebie. Oczywiście Jastrzębia za wcześnie wyrzucili przecież to nie była jego wina.

Potem był pamiętny mecz z Legią, w którym sędzia Karolak dał mi czerwoną kartkę. W każdym meczu ja z Rysiem Polakiem miałem tzw. „plastrów”, wtedy to byli Dariusz Kubicki i Wdowczyk. Mnie pilnował ten pierwszy, starał się mnie wyłączyć, trochę mnie pokopał…Zrewanżowałem mu się, za to dostałem żółtą kartkę. Drugą za próbę wymuszenia rzutu karnego, pamiętam że przy tej decyzji sędziego podszedł do niego Paweł Janas i mówi – panie, nie rób pan jaj.

Lechia jest mi bliższa

Potem gdy przyszedł trener Łazarek mieszkałem w mieszkaniu, które klub wynajmował od niego. Miała mi się w lipcu urodzić córka i nie mogłem przenieść się na Chełm, do mieszkania które załatwił mi klub. Ten blok był oddany, ale nikt tam nie mieszkał, przecież nie mogłem z dzieckiem jeździć windą towarową. Wyjechałem z żoną na wakacje do Zakopanego, wracam a tu Łazarek mówi: cały Poznań cię szuka. Nie chciałem odchodzić do Lecha, miałem w Lechii pięcioletni kontrakt, ale BKS nie zostawił mi wyboru. Nie chcę nadawać na Łazarka, nic do niego nie mam, ostatnio się spotkaliśmy i było ok, ale nie wiem o co tam do końca chodziło, po Leszku Kulwickim zostałem kapitanem. Zagrałem jeszcze w meczu o Puchar Intertoto z Lyngby i wyjechałem. Bardziej niż do Poznania gdzie była wielka konkurencja (Okoński, Niewiadomski itd.) chciałem odejść do Zagłębia Lubin, gdzie trenerem był Eugeniusz Różański znany mi jeszcze ze Szczecina, ale z różnych względów to nie było możliwe.

Zawsze mówię, iż mimo że w Lechii grałem jedynie dwa lata, a w Lechu cztery i pół (z czego dwa ostatnie byłem kapitanem), to Lechia jest mi bliższa. Tu sobie wyrobiłem nazwisko, tu się piłkarsko wykształciłem, nigdy tego nie zapomnę jak w Gdańsku ludzie mnie kochali, tu przy Traugutta dostałem gwiazdę przy Alei Gwiazd, tu mnie wciąż zapraszają, tu mnie pamiętają. Cieszę się, że mogłem dać im trochę radości.

Top