Jesteś tu
Home > artykuły > Marek Kowalczyk: Lechia to całe moje życie

Marek Kowalczyk: Lechia to całe moje życie

Marek Kowalczyk i Zbigniew Zalewski

Marek Kowalczyk to zapomniany nieco pomocnik, który był kluczową postacią drużyny Lechii Gdańsk zdobywcy Pucharu Polski z 1983 roku. Jego specjalnością były zwłaszcza mecze pucharowe. Zdobywał bramki w meczu z Juventusem, a także w finale w Piotrkowie Trybunalskim oraz ćwierćfinałowym meczu z Zagłębiu Sosnowiec. 

Posłuchajmy jak wspomina swój biało-zielony czas:

Marek Kowalczyk: Za dzieciaka mieszkałem u dziadków w Tczewie, już w wieku 12 lat grałem w reprezentacji Województwa Gdańskiego. Gdy chodziłem do III klasy liceum w Tczewie, miałem 17 lat różne kluby zaczęły się o mnie starać.

W roku 1980 poszedłem do jednostki wojskowej i stałem się zawodnikiem Wielima Szczecinek, ale po trzech miesiącach wylądowałem w Niebieskich Beretach na Słowackiego. I w ten sposób stałem się zawodnikiem Lechii. Gdy Marek Woźniak i Darek Raczyński poszli do tej jednostki mnie już tam nie było, gdybym był nie puścili by mnie na mecz do Turynu z Juventusem tak jak ich.

Do Turyna pojechaliśmy praktycznie w 13-14, dlatego przegraliśmy 7:0. Gdyby pojechali nasi wojacy przegralibyśmy może byłoby tylko cztery (śmiech). Największym sukcesem meczu w Turynie było to, że w komplecie wróciliśmy z wyjazdu, to nie było oczywiste.

Gdy porównasz dzisiejsze mecze gdy milionerzy z Schalke dostają szóstkę z milionerami z Manchesteru City, to przecież my jako drugoligowy beniaminek nie spisaliśmy się tak źle dostając siódemkę z najlepszą wówczas drużyną klubową na świecie. Uważam, że nie przynieśliśmy wstydu polskiej piłce.

Różnica między nami, a Juve była taka, że oni każdy nasz błąd wykorzystywali. Jednak wynik nie odpowiadał rzeczywistości boiskowej. Po meczu nie byliśmy załamani, gdyby podzielić ten mecz na krótsze odcinki to nie wypadliśmy źle. Byliśmy młodą drużyną za wyjątkiem „Jadzi”. To było losowanie marzeń, gdybyśmy wylosowali Lewskiego Sofia, to by nas pokopali i nikt by nas nie pamiętał.

PUCHAR POLSKI

W rewanżu strzeliłem gola, gdy patrzę na to z perspektywy czasu to nie była moja najważniejsza bramka dla Lechii. Myślę, że taką była ta strzelona z 30 metrów z ćwierćfinału Pucharu Polski z Zagłębiem Sosnowiec, z konieczności rozegranym w Starogardzie Gdańskim.

Czemu tak? Dobrze pamiętam nokaut sędziego w meczu z Polonią Bydgoszcz i dziś się z tego śmieję. Kibice Lechii zawsze mieli talent do takich akcji. Więcej Lechia – Polonia Bydgoszcz. Mecz przerwany

Gdy przyszedłem do Lechii było niewesoło, spadliśmy do III ligi. Gdy przejęli drużynę Jurek i Józek czuło się w szatni wielki głód, czuło się że może zdarzyć się coś wielkiego. Zespół był budowany wokół „Jadzi”, ale nie zgodzę się że reszta to byli juniorzy. Andrzej Salach był ważną postacią, Darek Raczyński itd. Nie sama młodzież, chociaż stanowiła większość.

Finanse być może trochę się poprawiły na wiosnę w III lidze, ale myśmy na to nie patrzyli. Chcieliśmy, żeby przychodziło coraz więcej ludzi, im więcej ich było tym bardziej nas to niosło.

Od paruset osób na początek sezonu, dobiliśmy do 30 tysięcy na półfinale z Ruchem Chorzów. Mówiło się, że to my zmieniliśmy regulamin Pucharu Polski, że od ćwierćfinału wprowadzono dwumecz. Być może tak właśnie było…

Trzecią ligę przeszliśmy z marszu, drużyna rosła z meczu na mecz. Mieliśmy nie najdłuższą ławkę, zupełnie jak teraz. To zmieniło się po awansie do II ligi, gdy transfery były trafione w setkę. Cybulski, Kamiński i Kruszczyński – gdy ten ostatni przyszedł ja zostałem przesunięty do pomocy. Czy to jako ofensywny czy prawy pomocnik, dość elastycznie zmieniałem się z Darkiem Wójtowiczem, ale nie był to dla mnie problem.

Z Józiem Gładyszem grałem jeszcze w piłkę, ale jego słowo respektowałem. Obaj trenerzy byli na równych prawach, mam wrażenie że ostatnie słowo należało do Jurka Jastrzębowskiego. Jednak nie było lepszego i gorszego, byli równorzędni.

Później nastąpił trener Łazarek, który miał swoje metody treningowe, które tak szczerze nie do końca mnie przekonywały, sprowadził swoich zawodników z Poznania, ale oni nie dali takiej jakości jak transfery wcześniejsze przed II ligą. To nie był ten poziom. Chociaż zgadzam się, że ta drużyna na I ligę była za słaba, przeskok z II do I ligi jest o wiele większy niż z III do II.

Z pierwszą ligą trzeba się oswoić, ale jeśli nie sprowadzisz osobowości to zaraz znajdziesz się z powrotem w drugiej, możesz nie zdążyć nabrać doświadczenia.

Gazety różnie wtedy pisały, np. według nich nie byłem w składzie na mecz z Lechem Poznań w Superpucharze, a przecież byłem.

W I lidze udało mi się strzelić tylko jedną bramkę z Ruchem, na tę bramkę na Akademię Medyczną. Później dostaliśmy czwórkę na Wiśle Kraków i doszło do zmiany trenera. To był dla nas szok i zaskoczenie gdyż w jakimś sensie byliśmy wszyscy dziećmi Jastrzębia i Józia. Uważam, że można było dać im więcej czasu. Z Krakowa wracaliśmy pociągiem, o zmianie dowiedziałem się na dworcu PKP w Gdańsku rano.

A propos pucharów: graliśmy w Pucharze Lata ze Spartą Praga, ktoś miał urodziny, chyba nawet ja (śmiech) i niektórzy byli w kiepskim stanie. Na granicy celnicy chcieli odczepić wagon, bo trochę ich zdenerwowaliśmy, gdy pytali o dewizy zaczęliśmy się wygłupiać, że ten ma milion dolarów, a ten dwa miliony, wtedy urzędnicy stali się nieco agresywni. Trener Łazarek musiał załagodzić sytuację.

Mieszkałem w Sopocie na Bitwy Pod Płowcami, potem w Gdańsku na Chełmie, co prawda Lechia obiecała mi to i tamto, ale działacze nie mieli zwyczaju wywiązywać się z obietnic. Nie chodziłem odbierać pensji po przedsiębiorstwach, miałem stypendium, które odbierałem na Lechii, była taka specjalna tabela ile się należy piłkarzowi drugoligowemu, a ile pierwszoligowemu. Widocznie na Śląsku ta tabela była inna, bo Gdańsk za PRL dopiero coś dostawał jak musiał.

Mam z czasów komuny medale: zasłużony dla budownictwa, dla miasta Gdańska, dla PZPN, mam te wszystkie blachy w domu razem z legitymacjami.

KLUB „SOLIDARNOŚCI”

Postanowiłem z Lechii odejść, żeby zarobić trochę pieniędzy, miałem znajomych w Hanowerze, Andrzej Grajewski załatwił mi grę w 96. Andrzej Pałasz wtedy tam był, ale mogło grać tylko dwóch, był jeszcze jeden Hiszpan. Nie chciałem czekać więc poszedłem do II ligi do Kickers Offenbach, wisiałem 16 miesięcy. Ostatecznie strona polska nie dostała za mnie grosza, a klub przez ten czas płacił za moje mieszkanie
„Nikoś” to był nasz kolega, nikt nie miał świadomości czym on się zajmuje, pomagał finansowo, zajmował się sprzętem. Nikt niczego nie miał, więc ludzi nie obchodziło skąd on ma pieniądze i samochody.
Oprócz wyjątków ta drużyna była jednością. W meczu z Juventusem w Gdańsku nie było widać różnicy poziomów. W pierwszym meczu zmotywowało nas, że w gazetach pisano o nas że jesteśmy amatorami: ten cieślą, ten hydraulikiem itd. Byliśmy traktowani jak San Marino dziś.

Byliśmy klubem „Solidarności”, cała Polska patrzyła czy się coś wydarzy, jak nie wydarzy się w Gdańsku to nigdzie się nie wydarzy.
To było więcej niż przygoda, to było cale moje życie. Poznałem wielu ludzi, których mam zaszczyt znać do dziś. To byli i są przyjaciele, nie tylko na polu sportowym. Nikt mi tego nie zabierze. Inni mogą mi zazdrościć, jeden za drugiego walczył. Z tych sześciu lat w Lechii, nie zmieniłbym nic. To ludzie przetrwali i oni to stworzyli, jak tu przychodzę to przecież nie do muzeum tylko żeby zobaczyć Zbyszka, który je stworzył i który był częścią tego wszystkiego.

Top